|
Kolejna wpadka, tym razem ortograficzna, prezydenta Komorowskiego, który w
księdze kondolencyjnej ambasady Japonii napisał: „Jednoczymy się w imieniu całej
Polski z narodem Japoni w bulu i w nadzieji na pokonanie skutków katastrofy”,
była słusznie wykpiona zarówno w mediach, jak i przez użytkowników internetu.
Wstyd i tyle. Nie ma nad czym się rozwodzić. Prezydent przeprosił, choć uczynił
to w stylu, jaki prezentuje nierzadko mój kilkuletni syn, kiedy go strofuję za
złe zachowanie: „a Kacper też był niegrzeczny...” Zyskał przydomek
Bul-Komorowski.
Dużo bardziej interesującą kwestią jest argumentacyjny fikołek, jaki trzeba
wykonać, żeby prezydenta bronić. Jedni, widząc, na jak straconej są pozycji w
tej sprawie, wzywali do pokornego uznania, że wszyscy jesteśmy grzesznikami
językowymi. Ofensywę przeprowadził Jacek Żakowski. W ramach solidarności z
prezydentem wyznał, że sam jest dyslektykiem, zatem błędy robi (w domyśle: i
proszę do czego doszedłem), a następnie zaatakował: „A ja uważam, że w tej całej półinteligenckiej
pysze, która zakłada, że znajomość ortografii jest ważniejsza niż inne przymioty
umysłu, jest coś bardzo nieładnego”. I tak oto wszyscy, którym na sercu leży
dbałość o piękno polszczyzny zostali... zadufanymi w sobie półinteligentami.
Mistrzowskie zastosowanie retorycznego chwytu retorsio argumenti. Gratulacje.
Publicysta idzie dalej. Stawia tezę, że prezydent też jest dyslektykiem, tyle że
niezdiagnozowanym. Gdyby został zdiagnozowany, mógłby przecież dostać stosowne
zaświadczenie, a z nim pewne przywileje... Mógłby się np. dłużej zastanawiać,
zanim coś powie.
Sprawa dysleksji niezdiagnozowanej w sposób naturalny każe spojrzeć na
sytuację w szkole. Może stanowić przestrogę dla wielu rodziców, którzy kierując
się źle pojętą troską o całkowicie zdrowego, a jedynie leniwego ucznia,
„załatwiają” mu opinię o dysleksji z poradni psychologiczno-pedagogicznej.
Jeszcze inni chcą w ten sposób „ułatwić” dziecku uzyskanie lepszych wyników w
nauce i ostatecznie zwiększyć szanse dostania się do tzw. dobrej szkoły. Życie
może te plany w dość okrutny sposób zweryfikować. O skali nieuczciwie
uzyskiwanych zaświadczeń świadczy fakt, że kilka lat temu w Sopocie 48 proc.
uczniów szkół podstawowych i 41 proc. w gimnazjach miało zaświadczenie o
dysleksji. Ocenia się, że faktycznie dzieci z dysleksją jest w populacji od
kilku do najwyżej kilkunastu procent.
Zaświadczenie daje uczniowi je posiadającemu szereg uprawnień. Nauczyciel
jest obowiązany dostosować wymagania edukacyjne do indywidualnych potrzeb
ucznia, u którego stwierdzono trudności w uczeniu się, w tym specyficzne
trudności, uniemożliwiające sprostanie standardowym wymaganiom. Uczniowie
(słuchacze) z dysfunkcjami mają prawo przystąpić do sprawdzianu lub egzaminu
gimnazjalnego w warunkach i formie dostosowanych do ich dysfunkcji. Ostatecznie
oznacza to mniejsze wymagania, dłuższy czas na wykonanie zadań na egzaminie i
większą liczbę punktów.
Warto byłoby te przywileje zrównoważyć jakimiś obowiązkami. Mam na to
autorski pomysł. Dysleksja dotyczy osób o normalnym poziomie inteligencji. Nie
będzie dla nich zatem problemem nauczenie się (może być na pamięć i odtwórczo)
zasad pisowni języka polskiego, wraz z wkuciem na pamięć wyjątków i zdanie
dodatkowego egzaminu ze znajomości tychże zasad, np.w gimnazjm i przed maturą –
dla utrwalenia. Taki egzamin byłby obligatoryjny i jak sądzę wykluczyłby
wszystkich podrabianych dysortografików. Żadne „dys-” nie zwalnia z
teoretycznego i pamięciowego choćby opanowania jakiegoś fragmentu wiedzy.
Po wprowadzeniu takich reguł zaistnieje pewna szansa, że licealista, sięgając
po związany z „Rzeczpospolitą” magazyn „Uważam Rze” – będzie wiedział, dlaczego
jest on „Inaczej pisany”.
|