Sprawa dla wielu rodziców jest oczywista – przedszkolak musi się uczyć
angielskiego. Niektórzy traktują sprawę śmiertelnie poważnie i regularnie
przepytują swego czterolatka, który ledwie pamięta jak jest kot czy pies oraz
potrafi wymienić może ze dwa kolory w tym języku. Gdy ocenią, że ich dziecko nie
czyni satyfakcjonujących postępów w nauce, zgłaszają się nierzadko z pretensjami
do nauczyciela angielskiego.
Czy z taką samą powagą traktują postępy swych pociech w poznawaniu mowy
ojczystej? Wydaje się, że niekoniecznie. To nie dzieci, ale rodzice obrażają się
na nauczycieli nauczania początkowego za próby stawiania wymagań w zakresie
kaligrafii, to zatroskani rodzice w końcu „załatwiają” przemęczonemu obcowaniem
z zawiłościami języka dziecku zaświadczenie o dysleksji. Nie chcę przez to
powiedzieć, że problem różnych dysfunkcji nie istnieje, ale jak wskazują
ostatnie badania, nie dotyczy aż tak licznej grupy uczniów jak do tej pory
zakładano.
Nasz przedszkolak rośnie, jego znajomość języka angielskiego ugruntowuje się
na korepetycjach i dodatkowych zajęciach sowicie opłacanych przez rodziców.
Zdaje maturę kończy studia i rozpoczyna pracę – zjednoczona Europa stwarza takie
szanse! Może pracuje przy pozyskiwaniu środków unijnych? Tworzy programy rozwoju
regionów, rewitalizacji zabytków, odnawialnych źródeł energii itp. Są to w jego
mniemaniu dokumenty najwyższej wagi, dlatego napisze zgodnie z tradycją
anglosaską wszystkie człony z wielkiej litery. Nie da się przekonać, że zgodnie
z regułami obowiązującymi w języku polskim wielką literą pisze się: „pierwszy
wyraz w jedno- i wielowyrazowych tytułach utworów literackich i naukowych (np.
książek, rozpraw, artykułów, wierszy, pieśni), w tytułach ich rozdziałów, w
tytułach dzieł sztuki, zabytków językowych, odezw, deklaracji, ustaw
[podkreśl A.B]: (...) np. Uniwersał połaniecki, Kodeks pracy,
Konstytucja 3 maja, Statut wiślicki, Deklaracja praw
dziecka. Wystarczy wejść na jakąkolwiek stronę internetową ministerstwa,
urzędu wojewódzkiego, marszałkowskiego, starostwa czy jakiejkolwiek gminy, by
stwierdzić, że cała Polska ma emocjonalny stosunek od kwestii oczyszczania
ścieków, ochrony przyrody, rozwoju własnego regionu, po wszelkie działania z
zakresu profilaktyki zdrowotnej. Pisze się więc nazwę dokumentu wielką literą od
początku do końca, (nierzadko z zaimkami włącznie), bo dokument ważniejszy niż
Konstytucja 3 maja? Raczej jednak to bezmyślna kalka z angielskiego albo
asekuracja – bezpieczniej jest pisać wielką wszystko, żeby nikt nie zgłosił
zastrzeżeń. Maniera ta jest niezwykle rozpowszechniona przy zupełnym braku
świadomości popełniania błędu językowego.
Podobny brak kompetencji językowej sprawił, że w normie PN-EN ISO 9001
znalazł się zapis „audit”, ignorujący zupełnie formę „audyt” zadomowioną w
języku polskim i jedynie poprawną. Potem już odwoływano się do tego zapisu jak
do świętej Biblii. Bezrefleksyjne przejęcie formy anglosaskiej zaskutkowało np.
tym, że osoby prowadzące szkolenia wymuszały stosowanie błędnej formy zapisu,
poprawiając u uczestników nawet poprawną wymowę z „y”! Gdyby stosować tę zasadę
konsekwentnie, należałoby mówić również: „direktor gimnazjum”.
Proponuję zatem zacząć wdrażać Program odnowy języka polskiego we
własnym domu, regularnie przeprowadzając audyt z użyciem Słownika
ortograficznego.
|