|
Doczekaliśmy się długo wyczekiwanej beatyfikacji ks. Jerzego Popiełuszki.
Fenomen jego życia i męczeństwa wciąż pozostaje dla nas Polaków głośnym
wezwaniem do przezwyciężania zła nie złem czy nienawiścią, ale dobrem – jak
za św. Pawłem przypominał ks. Jerzy w swym nauczaniu.
Suchowola na Podlasiu to miejsce, jak twierdzą niektórzy, stanowiące środek
Europy. Tutaj niedaleko we wsi Okopy 14 września 1947 r. przyszedł na świat ks.
Jerzy Popiełuszko. Urodził się jako trzeci z pięciorga rodzeństwa. Tej jesieni u
państwa Marianny i Władysława Popiełuszków, po raz drugi tego roku, zakwitła
jabłoń. Ponoć to zjawisko powtórzyło się po 37 latach we wrześniu 1984 r., gdy
Jerzy po raz ostatni zawitał w domu i powiedział do ojca: „Jakbym zginął to nie
płaczcie po mnie”. Tu w pobliżu Suchowoli wzrastał do męczeństwa. Od
dzieciństwa był ministrantem. W szkole uchodził za zdolnego i ambitnego ucznia.
Jednak kiedyś nauczycielka wezwała matkę i zagroziła, że syn może mieć obniżony
stopień ze sprawowania, ponieważ często przesiaduje w kościele na różańcu. W
1965 r. wstąpił do seminarium duchownego w Warszawie. Po roku został wcielony do
wojska, do specjalnej jednostki w Bartoszycach, w której wyselekcjonowana kadra
oficerów miała wybić z głowy klerykom myśli o kapłaństwie. Jerzy Popiełuszko
doświadczył tam wielu cierpień ze względu na swoją postawę. Nie chciał zdjąć
medalika ani różańca, modlił się na klęczkach. Przeżył więc w Bartoszycach wstęp
do męczeństwa, ale i umocnił się duchowo. Na przepustkach uczył się ze skryptów
ukrytych u znajomych lub na plebanii. Wolne chwile spędzał w kościele na
modlitwie i przystępując do sakramentów. Wytrzymał te dwa lata służby, ale
wrócił z poważnie nadwyrężonym zdrowiem. 28 maja 1972 r. został wyświęcony przez
ks. kard. S. Wyszyńskiego na kapłana. Pełnił posługę w Ząbkach, Aninie i
Warszawie. Ze względu na stan zdrowia nie mógł wypełniać obowiązków wikariusza,
dlatego został rezydentem w parafii św. Stanisława Kostki na Żoliborzu. Tu
poświęcił się pracy duszpasterskiej wśród personelu medycznego i w
Duszpasterstwie Ludzi Pracy. Odprawiał Mszę św. strajkującym hutnikom Huty
Warszawa. System komunistycznego zniewolenia chwiał się w swych podstawach, ale
wielu halabardników wierzyło, że można go jeszcze uratować. Trzeba tylko
przetrącić wichrzycielom kręgosłup. W 1981 r. wprowadzono stan wojenny. Ks.
Jerzy organizuje liczne działania charytatywne, wspomaga prześladowanych i
krzywdzonych przez reżym komunistyczny. Począwszy od 28 lutego 1982 r. celebruje
Msze św. w intencji Ojczyzny i wygłasza słynne kazania, w których przez światło
Ewangelii i nauki Kościoła stara się interpretować bolesną polską rzeczywistość.
Ze względu na te wszystkie działania staje się celem ataków władz. Ktoś włamuje
się do jego mieszkania, ktoś niszczy mu samochód, to znów ktoś wrzuca mu do
mieszkania ładunek wybuchowy. Dochodzi do dziwnych kolizji drogowych z jego
udziałem. Wszystko to, by zastraszyć kapłana, wokół którego gromadzą się ludzie
pracy. Prokuratura wszczyna śledztwo w sprawie nadużywania przez ks. Popiełuszkę
wolności sumienia i wyznania na szkodę PRL. Często jest przesłuchiwany, a nawet
aresztowany. W niewybrednych atakach celuje rzecznik rządu Jerzy Urban. Pętla
wokół ks. Jerzego zaciska się coraz ciaśniej. Zaplanowany przez oprawców z SB
zamach na dzień 13 października 1984 r. nie powiódł się. Kolejny zaplanowano 19
października, tym razem skutecznie. Zmasakrowane ciało ks. Jerzego wrzucono do
Wisły w okolicach Włocławka. Jego pogrzeb 3 listopada 1984 r. stał się wielką
manifestacją religijno-patriotyczną. Wtedy na murach pojawiły się transparenty:
„Ks. Jerzy świętym Jerzym naszych czasów”. Proces zabójców kapłana stał się
farsą i był w rzeczywistości sądem nad ofiarą.
Wiele by jeszcze można mówić, odkrywać coraz to nowe fakty. Ważne jednak, aby
nie uronić istoty tego kapłańskiego życia zakończonego męczeńską śmiercią. Ks.
Jerzy zginął nie tylko za solidarną Polskę, ale przede wszystkim za prawdę
Ewangelii, która prowadzi nie do pozornej, ale autentycznej wolności. „Odważne
świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności” – mówił
ks. Jerzy w jednym z kazań. „Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest
człowiekiem wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie
czy w więzieniu. Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę
prawdy, gdyby ta większość nie zapominała, co było dla niej prawdą (…)
stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz. A wolność zewnętrzna czy
polityczna musiałaby przyjść prędzej czy później jako konsekwencja tej wolności
ducha i wierności prawdzie”.
Posługa ks. Jerzego wciąż trwa. Przede wszystkim w porządku
nadprzyrodzonym. Do dziś pomaga on wielu Polakom inspirując do szlachetnej
aktywności, wzmacniając nadzieję na wieczne szczęście w Chrystusie. Ale
jednocześnie pozostaje trwałym symbolem naszej chrześcijańskiej kultury, która
nosi w sobie bolesny oścień cierpienia. W te polskie ociekające krwią dzieje
wpisuje się życie i męczeństwo kapłana z Podlasia, który urodził się w pobliżu
Suchowoli, gdzie jest ponoć środek Europy. I on, ks. Jerzy męczennik, tę Europę
w pewien sposób łączy. Tak jak łączy ją św. Justyn męczennik, św. Wojciech, czy
św. Bruno. Łączy ją wiernością Ewangelii aż do ofiary z życia. „Bo złych inaczej
pokonać nie można” – pisał Słowacki – „Tylko w śmierci godzinie miłością
anioła”.
Tekst został wygłoszony w ramach cyklu
felietonów „Spróbuj pomyśleć” w Radiu Maryja 7 czerwca 2010 r.
|