Właśnie w PiS ruszyły pełną parą prace nad tym zadaniem
Nie chciałbym, żeby w najbliższych wyborach parlamentarnych zwyciężyła
ponownie Platforma Obywatelska. Wolałbym, aby wygrało Prawo i Sprawiedliwość,
ale przewiduję, że tak się nie stanie − partia, na którą głosuję od lat, będzie
znowu druga. Żadnej z istniejących w Polsce partii nie akceptuję w stu
procentach. Te, których program odpowiada mi najbardziej, nie mają szans tak
dużych jak PO, PiS i SLD, dlatego przy urnie wyborczej podejmuję decyzje zgodnie
z teorią „zmarnowanego głosu” i „mniejszego zła”: z trojga złego lepszy już PiS
niż PO czy SLD.
Wymienione partie łączy to, co dla mnie najboleśniejsze − ich stosunek do
Unii Europejskiej. Zmierzały one i zmierzają do tego samego makrocelu:
likwidacji Państwa Polskiego. Różnica jest jedna, taka że PO i SLD forsują
szybką ścieżkę, a PiS drogę dłuższą, mniej raniącą elektorat patriotyczny,
usypiającą jego czujność. Tym samym PO, PiS i SLD trudzą się wytrwale na rzecz
Stanów Zjednoczonych i Związku Radzieckiego (przepraszam, Rosji), gdyż ci gracze
wolą mieć do czynienia w Europie z jednym państwem, właśnie Unią Europejską, a
nie z pstrokatą sumą podmiotów politycznych, bardziej (por. Niemcy) lub mniej
(por. Polska) poważnych.
PiS nie zapobiega federalizacji Europy, nie podnosi tego problemu w swoim
programie i w praktyce bieżących działań politycznych. Federalizacja dokonuje
się po cichu, krok po kroku, zakończy się pomyślnie dla planistów może nie za 10
lat, ale za 25 już na pewno; pokolenie dzisiejszych roczniaków będzie pierwszym
pokoleniem obywateli Imperium Europa ze stolicą w Brukseli albo Bratysławie.
Unia Europejska to szalony (by nie rzec: szatański) projekt. Od lat
upowszechniam − całkowicie bezskutecznie − pogląd, że państwom i narodom Europy
wystarczyłaby silna organizacja współpracy gospodarczej, współpracy wzajemnie
korzystnej. UE nie powinna w żaden sposób ingerować w systemy wartości
poszczególnych krajów członkowskich; jak widzimy w praktyce, narzuca ona
antywartości, wręcz terroryzując nimi społeczeństwa.
To właśnie w tej federalizacyjnej perspektywie wszystkie działania PiS stają
się zrozumiałe. PiS mógł obalić „Lizbonę”. To mógł zrobić mocny prezydent. Nie
zrobił. Już pierwsze nominacje 2005 roku na ważne stanowiska wokółprezydenckie i
rządowe nie były przypadkowe, nie były pomyłkami (jak się to zdawało części
zszokowanych nimi sympatyków PiS-u). Szybko przyszła klęska w 2007 r., klęska
nieunikniona, bo ktoś (kto?) wymyślił, żeby puścić na wizję ryczącą posłankę
Sawicką. Oglądała to cała Polska, wystarczyło. Owego wieczoru wystraszyli się
PiS-u nawet jego najwierniejsi zwolennicy i ze strachu oraz niesmaku zagłosowali
na Platformę.
Opracowałem listę-minimum 10 kardynalnych zaniechań (nie: zaniedbań) PiS-u, w
wyniku których ta partia przegrywa od 2007 r. wszystkie wybory. Celowo nie
wymienię wszystkich dziesięciu, wskażę tylko pierwsze: niesporządzenie przez
nowy rząd bilansu otwarcia, szczegółowego opisu stanu gospodarki, kultury oraz
nauki kraju w momencie przejmowania władzy w 2005 r., i ostatnie, brak reakcji
na prześladowania pracowników „Biedronki”, będących członkami związków
zawodowych czy brak protestu przeciwko rurze blokującej porty w Szczecinie i
Świnoujściu.
Inne wyliczenie: 1. niewykorzystana szansa na zmianę konstytucji, utrata
okazji do zapisania w niej ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci (nie
było woli czy tylko nie starczyło odwagi? obecne wyjaśnienia reprezentantów
PiS-u, które można usłyszeć od czasu do czasu na falach Radia Maryja, są
niewiarygodne); 2. pomoc w wyeliminowaniu z życia publicznego, „ukamienowaniu”
abpa Wielgusa, pomoc bardzo skuteczna; 3. konsekwentny brak zainteresowania
zdarzającymi się okazjami do zbudowania własnej sieci mediów (to prawda, że
media publiczne w Polsce zostały zawłaszczone przez ugrupowania antypatriotyczne
lub w najlepszym razie apatriotyczne, zwłaszcza lewicowe, kosmopolityczne,
niemniej nie jest prawdą, że są niezbędne jakieś ogromne pieniądze, by uruchomić
własną gazetę i „kolorowy” tygodnik; jak trwoga, to do Radia Maryja, do „Naszego
Dziennika”, ale czy to jest eleganckie zachowanie?); 4. na czele struktur
regionalnych PiS-u, powiatowych czy gminnych (przecież nie ma gminy w Polsce, w
której by podczas wyborów nie oddano choćby paru głosów na kandydatów Prawa i
Sprawiedliwości) na ogół nie stoją ludzie piekielnie inteligentni, dynamiczni,
twardzi, mówiący mocnym (także dosłownie) głosem, ludzie odważni; 5. uderza
faktyczna niechęć PiS-u do innych, „pokrewnych” partii prawicowych, brak
zainteresowania jakąkolwiek współpracą, o propozycji koalicji już nie mówiąc
(mówić tu można, ale o obojętności PiS-u).
PiS nie potrafi czy nie chce walczyć ze swoim głównym politycznym
adwersarzem? Jedyna produkcja „towarowa”, „gospodarcza” Platformy to nieprawdy −
nieprawdy nie tylko na temat PiS-u − permanentnie wymyślane i rozpropagowywane
przez tę partię i przyjazne im media. PO ogłupia i otumania społeczeństwo, ale
PiS niestety niewiele robi, niemal nic nie robi, by społeczeństwo przed tymi
toksycznymi, zabójczymi działaniami Platformy chronić, immunizować. Przeciwnik
zwykle narzuca sposoby i styl walki, ale tylko słabszym; przypadek Dawida jest
pouczający: warto nie pozwolić sobie narzucić ani sposobów, ani stylu, należy
mieć własne sposoby i własny styl.
Choroba każdej większej partii, takiej, która dostała się do Sejmu i/lub
Senatu jest jedna, wspólna − utrzymać stan posiadania. Bycie partią
parlamentarną, także partią opozycyjną, daje konkretne zyski, także finansowe,
umożliwia utrzymywanie struktur organizacyjnych w Warszawie i w terenie.
Zachowanie stanu posiadania, miejsc w parlamencie zapewnia stały czy względnie
stały, względnie wierny elektorat. Partie najsilniejsze, PO, PiS i SLD, nie
muszą specjalnie zabiegać o nowy elektorat, zasadniczo wystarcza im to, co mają.
Do dziś PiS przyciąga uwagę wielu mądrych, zainteresowanych sprawami życia
społecznego i politycznego, pragnących dobra i pomyślności „tego kraju”, także
ludzi prostych, nieuczonych. Są wśród nich także uczeni, pracownicy szkół
wyższych, umysły światłe, rozpoznające rzeczywistość bez końskich, tj.
partyjnych, klapek na oczach, osoby, których wypowiedzi publikowane z reguły w
gazetach i czasopismach nie należących do tzw. głównego nurtu, znakomicie
ułatwiają rozumienie tej rzeczywistości. Wielu z nich, widząc obojętność, brak
szerszego, szczerego otwarcia struktur PiS, przesiąkniętych myśleniem partyjnym,
na nowych ludzi, trafia do partii pozaparlamentarnych.
Brak wielkiej księgi szkód, jakie już spowodowały i nadal powodują rządy PO,
rejestru dokumentującego najdrobniejsze szczegóły. Sporządzenia go nie należy
zostawiać przyszłym historykom, on jest potrzebny już teraz. Trzeba dokładnie
społeczeństwu pokazywać wszystkie skutki rządzenia Platformy, trzeba o nich
głośno mówić, wytrwale powtarzać, krzyczeć nawet. Jest się czym niepokoić.
Ogłoszone kilka dni temu najnowsze propozycje PiS-u w sferze gospodarczej są
mało radykalne, nie porywają, daleko im do węgierskich zmian. PiS nie obudzi w
Polakach ambicji, nie ma po temu odpowiednich kadr, nie szuka nowych, nie
kształci nowych (nie ma „kuźni kadr”, nie ma zapowiedzianej kiedyś uczelni).
Ale czy Polakom chce się jeszcze walczyć o Polskę, o państwo polskie i
polskość? Polityczny sukces Platformy Obywatelskiej w kraju i za granicą zdaje
się wskazywać, że już nie. Może to już koniec, wszystko już przegrane, nowy
historyczny rozdział − przyspieszonej, ostatecznej likwidacji Polski i polskości
− otwarty. Każdy (prawie każdy) chce żyć, zarabiać na życie. Zarabiać można na
nie będąc lub nie będąc członkiem partii parlamentarnej, także opozycyjnej.
Tymczasem można też jeszcze zarabiać, pisząc książki i artykuły czy felietony
adresowane do mających jeszcze złudzenia: patriotów, prawicowców,
katolików...
Autor jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu
Warszawskiego.
|