|
Blisko 1,5 miliona Polaków mieszka na stałe w Wielkiej Brytanii. Jest to
znacząca cząstka narodu. Większość z nich to osoby w wieku produkcyjnym. Wielu
wyemigrowało wraz z dziećmi lub zdecydowało się na powiększenie rodziny na
emigracji. W odmiennym środowisku ich „polskość” przechodzi próbę.
Istnieją znaczące różnice w polskim i brytyjskim stylu życia. Brytyjczycy są
wychowani w liberalnym politycznie systemie – nie mają silnego poczucia
przynależności do grupy, są na wskroś laiccy i nie przywiązują w ogóle uwagi do
religii, etyki i moralności. Dla wielu Polaków sprawy etyki i moralności są
ściśle związane ze stylem życia. Polska emigracja zarobkowa nie tworzy
wspólnoty. Sporadycznie tworzą się małe, zorganizowane stowarzyszenia i grupy.
Większość jednak zajmuje się swoimi prywatnymi sprawami nie uczestnicząc w ogóle
w życiu Polonii i lokalnych środowisk brytyjskich.
Pozycja w brytyjskim społeczeństwie
Zdecydowana większość polskiej emigracji pracuje fizycznie w najprostszych
zawodach. Hotele, rzeźnie, rolnictwo, budownictwo oferują prace, do których
wykonywania nie potrzeba znać biegle języka angielskiego. Brytyjczycy unikają
tych zawodów, tak jak i ciężkiej pracy i w tych dziedzinach emigranci bez
doświadczenia i konkretnych zawodów się zazwyczaj odnajdują. Wielu przyjezdnych
znajduje pierwszą pracę w tego typu działach gospodarki. Później szukają
lepszej, lżejszej i bardziej popłatnej. Ograniczeniem w tych poszukiwaniach jest
najczęściej słaba znajomość języka angielskiego.
Pracownicy, którzy posiadają wyuczony zawód typu: hydraulik, elektryk,
stolarz, gazownik, ślusarz często zakładają firmy jednoosobowe
(samozatrudnienie). Jest duże zapotrzebowanie na tego typu usługi, bo przeciętni
Brytyjczycy nie potrafią zrobić najprostszych rzeczy, jak na przykład wymiana
spalonej żarówki. Są to dobrze płatne prace, ale jest też duża konkurencja.
Tylko nieliczni emigranci znaleźli pracę w innych działach gospodarki i nie
pracują jako robotnicy lub na zasadzie samozatrudnienia.
Z moich obserwacji wynika, że Polacy często nie szanują siebie i swojej
pracy, gdy są zatrudnieni za granicą. Są w stanie zaniżać wartość swojej pracy,
konkurując nawzajem ze sobą o zlecenia. W firmach, w których pracują sami
Polacy, jest nie najlepsza atmosfera. Rodacy konkurują ze sobą, zawyżają normy i
w efekcie muszą ciężej pracować za mniejsze pieniądze niż Brytyjczycy w innych
firmach z tej samej branży. Jest to dość typowe zjawisko. Uważam, że wynika ono
z braku kultury pracy, która nie mogła się wykształcić w komunistycznym systemie
– pod okupacją sowiecką oraz z doświadczenia biedy, które sprawia, że ludzie
czasem decydują się na poświęcanie swej godności, by utrzymać rodzinę. Są to
powody niezdrowej rywalizacji między wieloma Polakami na Wyspach oraz
nieuczciwości w relacjach międzyludzkich.
Patrząc z pozycji lokalnych władz brytyjskich, często nie ma z kim
współpracować ze strony społeczności polskiej. Drobne organizacje polskie nie
tworzą federacji i związków. Często są ze sobą skłócone. Ponadto nie są w stanie
reprezentować całej emigracji, ponieważ większość emigrantów dba tylko o siebie
i swoje rodziny, nie angażując się w ogóle w sprawy lokalnych społeczności.
Polacy są emigracją zarobkową ze wszystkimi tego konsekwencjami. Najczęściej
nie czują się u siebie będąc na Wyspach, które wybrali na miejsce pobytu tylko
ze względów ekonomicznych. Z drugiej strony, po każdym roku pobytu na obczyźnie
czują się w Polsce coraz mniej „u siebie”. Ich związki z ojczyzną rozluźniają
się. Wielu odwiedza Polskę ze względu na rodziny pozostawione w kraju, ale jest
też trochę takich rodzin, które mają już wszystkich swych członków na Wyspach. W
nowym środowisku najczęściej zamykają się w swoich domach i troszczą się głównie
o swoje rodziny. Są zainteresowani prawie wyłącznie sprawami bytowymi i
dorabianiem się. Nieliczni angażują się w organizacje samopomocowe i
polonijne.
Samoorganizacja Polonii
Nie ma ciągłości stowarzyszeń polskich pomiędzy emigracją powojenną a obecną.
Przedwojenna emigracja już prawie wymarła, a ich dzieci nie mówią po polsku i
rozpłynęły się w społeczeństwie brytyjskim. Nowa emigracja z reguły zakłada
swoje własne organizacje samopomocowe, szkoły polskie i stowarzyszenia.
Osoby zaangażowane w działalność społeczną nie są liczne. Większość
emigrantów jest bierna, przyjechała za pracą, stabilizacją finansową, szukając
spokojnego i bezstresowego życia. Nie są w większości zainteresowani udziałem w
tworzeniu społeczności. Dodatkowym czynnikiem wzmagającym bierność jest poczucie
przebywania w obcym środowisku i bariera językowa.
Odnoszę wrażenie, że osoby zaangażowane w stowarzyszenia i nowe organizacje
polonijne są aktywne społecznie ponieważ podniósł się ich poziom życia. Raczej
oczywiste wydaje się, że w przeważającej większości wyjechali, bo w Polsce nie
mieli perspektyw lub mieli małe perspektywy na uzyskanie stabilizacji
finansowej. Wcześniej z reguły nie angażowali się w prace społeczne, swój czas
poświęcając w całości na problemy z zapewnieniem sobie i rodzinie godnego
statusu materialnego. Jak już go osiągnęli na Wyspach, to część emigracji
zaczęła realizować się w pracy społecznej. Mogli sobie pozwolić na poświęcenie
swego czasu wolnego na rozwijanie aktywności w innych, niezarobkowych
dziedzinach.
Myślę, że jest to bardzo pozytywne zjawisko. Sądzę, że podobny proces możliwy
jest do osiągnięcia także w Polsce, jeśli poziom życia ogółu obywateli podniesie
się i większe grupy ludzi uzyskają stabilizację finansową. Wtedy więcej osób, po
zaspokojeniu podstawowych potrzeb konsumpcyjnych, mogłoby sobie pozwolić na
poświęcenie swojego czasu dla dobra ogółu. Byłoby to korzystne dla społeczeństwa
i szczególnie widoczne w takich dziedzinach, jak samorządy, organizacje
pozarządowe, kultura, rozrywka i turystyka. Aktywność organizacji polonijnych i
chęć świadczenia wolontariatu dla swej społeczności odbieram jako ujawnienie się
potencjału drzemiącego w polskim społeczeństwie. Potencjału, który wyzwala się,
kiedy tylko rodziny uzyskują stabilizację finansową. Te 1,5 miliona Polaków
można traktować jako eksperyment obrazujący, jaką dodatkową energię można
wyzwolić z korzyścią dla całego polskiego społeczeństwa, jeśli należycie zadba
się o kwestie ekonomiczne. W tym świetle wyraźnie widać, że ład ekonomiczny jest
jedną z najważniejszych spraw dla rozwoju kulturowego i cywilizacyjnego
wspólnoty narodowej.
Negatywne oddziaływanie „tubylców”
Po kilku latach pobytu na Wyspach nabrałem bardzo krytycznego stosunku do
„tubylców” i nie jestem w tym odosobniony wśród polskiej emigracji. Brytyjczycy
tworzą społeczeństwo post-cywilizacyjne. Jest mi osobiście trudno mówić o ich
kulturze, bo trudno mi ją dostrzec – szczególnie odnosi się to do młodego
pokolenia. Nie dostrzegam ciągłości pokoleń. Pokolenie urodzone po wojnie
inaczej wygląda i zachowuje się, niż pokolenie w wieku produkcyjnym, a pokolenie
wchodzące właśnie w wiek produkcyjny jest całkiem nieprzystosowane do życia w
społeczeństwie.
Najstarsze pokolenie tworzą Brytyjczycy, jakich obraz przechowujemy w swoich
stereotypach i dowcipach: z rezerwą, starannie ubrani, flegmatyczni, o
specyficznym poczuciu humoru. Pokolenie w wieku produkcyjnym nie jest bardzo
charakterystyczne, niewiele się różni od tego na Kontynencie. To, co jest w nim
specyficzne, to nadużywanie alkoholu i cotygodniowe weekendowe wypady do barów
(pubów). Instytucja rodziny jest w rozsypce, a ludzie większość swego czasu
wolnego spędzają w barach, pijąc ze znajomymi lub przypadkowymi ludźmi. Swoistą
normą w najniższej i najliczniejszej warstwie pracowniczej jest spotykanie się w
barach ludzi w ubraniach roboczych, którzy do domu wracają tylko po to, żeby się
wyspać. Alkoholizm jest plagą wśród poddanych królowej, do której dochodzi
jeszcze jeden z najwyższych poziomów konsumpcji narkotyków na świecie.
Najmłodsze pokolenie jest, moim zdaniem, wyjątkowe. Gazety brytyjskie piszą o
nim jako o „pokoleniu bez pracy”, któremu obca jest kultura pracy. Ci ludzie nie
są nauczeni sumiennej pracy, nauczyli się korzystać ze świadczeń socjalnych, a
jak już znajdą jakąś pracę, to z reguły szybko ją tracą. Jest to pokolenie,
które spożywa wielkie ilości alkoholu i używek. Według statystyk ONZ Szkocja
jest na pierwszym miejscu pod względem liczby przestępstw na tle narkotykowym w
przeliczeniu na liczbę mieszkańców. Takie kraje, jak Meksyk i Kolumbia, są
daleko w tyle. Młodzi używają życia i unikają pracy. Nowy konserwatywny rząd
stara się to zmienić i już wywołało to agresywne demonstracje młodzieży na
ulicach Londynu.
Dominuje rozwiązłość i konsumpcja wśród wchodzących w dorosłe życie. Wielka
Brytania jest na I miejscu na świecie w rankingu nieletnich matek. W każdej
miejscowości, nawet na wsi, spotyka się dziewczynki w wieku 12 lat z pełnym
makijażem i bardzo wyzywająco ubrane. 12-letnia matka nie jest w tym kraju
rzadkością. Dziewczynki same się tak nie ubierają – to media lansują odpowiednie
wzorce, a brytyjskie matki je wcielają w życie już od pierwszych klas szkoły
podstawowej. Sądzę, że po upadku tradycyjnych wartości jedyną filozofią życiową,
jaka ma się dobrze, jest czysty, niczym nieskażony hedonizm. Sfera seksualności
jest bardzo ważna i dzieci są w nią wprowadzane w szkołach od pierwszych
klas.
Takie środowisko oddziałuje na Polaków w Wielkiej Brytanii. Szczególnie łatwo
przyswajane są hedonistyczne wzorce i stosowanie używek. Sprzyja temu rozbicie
społeczeństwa brytyjskiego na sumę niezależnych jednostek. Nikt się nie
interesuje się drugą osobą, jak to jest przyjęte w społecznościach
demokratycznych. Na Wyspach niedopuszczalne przez liberalną poprawność
polityczną jest jakiekolwiek zwracanie komuś uwagi lub wygłaszanie swej opinii o
zachowaniu innych w miejscu publicznym. Taka norma likwiduje kolejny hamulec
popędów, jakim jest opinia społeczna. W dodatku wielu Polaków przebywa z dala od
swych rodzin, sąsiadów i znajomych, a to powoduje, ze pozwalają sobie na
zachowania, jakich unikaliby w miejscu swego stałego pobytu. Dużo lepiej
przedstawia się sprawa z rodzinami, które w całości wyjechały. Rodziny są mniej
podatne na przyswajanie negatywnych wzorców.
Polskie dzieci w Wielkiej Brytanii
Dzieci są szczególnie wrażliwe na wpływ i sugestie otoczenia. Przebywając na
Wyspach upodabniają się dość szybko do swych brytyjskich rówieśników, zarówno
wyglądem, jak i zachowaniem i mentalnością.
Małe dzieci, które nie miały możliwości poznania szkoły polskiej, bardzo
szybko wchodzą w brytyjskie środowiska rówieśnicze i przyswajają sobie tamte
zachowania społeczne. Nie używają w ogóle zwrotów grzecznościowych: „pan”,
„pani”, wobec starszych. Zdecydowana większość przyjęła manierę zwracania się
per „ty”. Jest to zapożyczenie językowe i kulturowe, ale też naśladownictwo
rodziców. Polskie dzieci, które od najmłodszych lat chodzą do szkół brytyjskich,
łatwiej wypowiadają się w języku angielskim niż w polskim. Wypowiedzi w języku
polskim czasem sprawiają im trudność. Nie znają większości rzadziej używanych
słów polskich. Jeśli rodzice nie posyłają swych dzieci do polskich szkół
społecznych i nie pracują z dziećmi w domu, to język polski staje się już w
drugim pokoleniu językiem drugim. Najmłodsi w zabawach z rówieśnikami, nawet
polskimi, używają do wyrażenia emocji angielskich wyrażeń, które są im bliższe,
bardziej zrozumiałe i bardziej naturalne niż polskie.
Dużo jest w tym winy rodziców. Polacy generalnie nie szanują swego języka i
nie doceniają jego roli w utrzymywaniu polskiej tożsamości w nowym pokoleniu.
Szczególnie wśród ludzi z niższym wykształceniem nie docenia się tradycji i
kultury polskiej, które są znane bardzo pobieżnie.
Po kilku latach pobytu na Wyspach szanse na powrót do polskiej szkoły
znacznie maleją. Poziom brytyjskiej edukacji elementarnej jest zatrważająco
niski. Dzieci nie posiadają prawie żadnej wiedzy. Do 16. roku życia, czyli do
końca obowiązkowej edukacji, zawsze zdają do kolejnej klasy, niezależnie od
tego, czy opanowały jakieś umiejętności, czy nie. Polskie dzieci, które
przenoszą się tam z polskich szkół, przez pierwsze lata nic nie muszą robić, by
być najlepszymi uczniami. Nawet jeśli w Polsce nimi nie były. Po kilku latach
nic nierobienia poziom się zwykle wyrównuje. Z punktu widzenia polskiej edukacji
są to stracone lata.
Nowy żargon [slang] polsko-angielski
Wśród emigracji polskiej, która przeważnie słabo zna język angielski,
wykształcił się specyficzny żargon [bo nie jest to ani gwara, ani dialekt –
red.]. Jest on mieszanką polskiej składni oraz polskich i angielskich słów,
odmienianych zgodnie z polskimi regułami odmiany. Brytyjczyk nieznający dobrze
języka polskiego ani Polak nieznający dobrze angielskiego nie są w stanie
zrozumieć tych ludzi. Prawdą jest, że nie mówią oni dobrze w żadnym języku,
nawet w swoim ojczystym.
Zapożyczone angielskie słówka, odmieniane według polskich zasad, tworzą
konglomerat zależny od środowiska i charakteru pracy, jaką się wykonuje. Z
reguły są to słówka potrzebne do porozumienia się w pracy i najprostsze zwroty z
języka angielskiego. Wśród wielu emigrantów panuje swoista moda wciskania jak
największej liczby słówek angielskich w wypowiadane zdania. Często z wadliwą
wymową angielską, tak że nawet Polak znający język angielski musi wykazać się
domyślnością, by to zrozumieć.
Na Wyspach nie ma presji do nauki języka angielskiego wśród dorosłych
Polaków, bo jest ich tak dużo, że wszędzie, nawet w małych miejscowościach,
słychać język polski na ulicach. W prostej pracy fizycznej wystarczą podstawowe
zwroty lub chociaż jedna osoba lepiej znająca język angielski, która wciela się
w rolę tłumacza. Polacy bardzo często tworzą na Wyspach zamknięte ze względu na
barierę językową środowiska. W nich porozumiewają się tą „nowomową”.
Scenariusze dla polskiej emigracji
Trzeba pamiętać, że jest to emigracja ekonomiczna. Większość z emigrantów
podejmuje decyzje w zależności od sytuacji ekonomicznej. Ludzie po czterdziestce
już raczej z Wysp Brytyjskich nie wyjadą, chyba że na emeryturę wrócą do Polski.
Z rozmów z nimi wynika, że nie mają zamiaru i ochoty stresować się walką o
zapewnienie sobie podstawowej egzystencji w Polsce, bo łatwiej jest na
emigracji. Na Wyspach życie jest spokojniejsze, ludzie są nauczeni bycia miłymi
wobec siebie. Oczywiście nie zawsze dotyczy to środowisk polskich i stosunków
Polaków między sobą. Te bywają różne.
Dzieci emigrantów, które spędziły już kilka lat za granicą, raczej w
większości nie wrócą do Polski, bo nie dadzą sobie rady z większym stresem,
większymi wymaganiami i wyższym poziomem nauczanie w szkołach polskich. Czują
się obco w Polsce, a coraz mniej obca jest dla nich Wielka Brytania. Ze względu
na różnice w nauczaniu, wielu rodziców chce, żeby ich dzieci skończyły edukację
za granicą. Jest to jednak długi czas i to czas formowania się młodego
człowieka. Ta młodzież będzie miała olbrzymie kłopoty by odnaleźć się potem w
Polsce, jeśli w ogóle będzie chciała opuścić Wyspy Brytyjskie. Sądzę, że
większość młodzieży pozostanie już na Wyspach.
Jest też dość spora grupa emigrantów, która – gdyby miała szansę utrzymać
swój status materialny na podobnym poziomie po powrocie do kraju – to szybko by
powróciła. Wszystko zależy do polskiej ekonomii. Polska może stracić wielu
obywateli, a także ich dzieci, które wychowa brytyjska szkoła i rówieśnicy.
Emigranci to ludzie młodzi, w wieku produkcyjnym. Ze względu na łatwiejsze
życie, małżeństwa mają średnio trójkę dzieci, czyli więcej niż w Polsce. Jeśli
weźmiemy pod uwagę, że polskie społeczeństwo starzeje się w tempie jednym z
najszybszych w Europie, to aż tak duży ubytek ludności czynnej zawodowo odciśnie
się mocno na wydatkach publicznych i ekonomii kraju już w najbliższym czasie.
Chyba że Polsce uda się przyciągnąć swych obywateli z powrotem.
Emigranci, wracając wraz z całymi rodzinami i często także z uzbieranym
kapitałem, mogą swoją przedsiębiorczością i aktywnością mocno pobudzić polską
gospodarkę z korzyścią dla całego społeczeństwa polskiego. Zamiast określać
emigrację jako stratę ekonomiczną i demograficzną, można spróbować wykorzystać
ją jako szansę dla Polski. W Polsce nie było dla nich pracy i najbardziej
energiczni zdecydowali się na wyjazd za granicę. Jeśli sytuacja na rynku pracy w
ojczyźnie się poprawi, to zamiast ściągać imigrantów z innych krajów, należy
zachęcać Polaków do powrotów. Wielu polskich emigrantów, powracając wraz z
dobytkiem, wpłynie stymulująco na rozwój polskiej gospodarki. W pierwszej
kolejności – na rynek nieruchomości.
Artykuł ukazał się drukiem w „Zeszytach Społecznych KIK”
2011.
|