Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Jan Paweł II
i o. Krąpiec

Galeria foto
Multimedia
Mirosław Król
Św. Andrzej Bobola
Spróbuj pomyśleć (Radio Maryja)
Św. Andrzej Bobola
Mirosław Król
Ks. Piotr Skarga
Spróbuj pomyśleć (Radio Maryja)
Ks. Piotr Skarga
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
prof. Mieczysław Ryba 2011-05-18

Platforma kupuje SLD

Transfer polityczny Bartosza Arłukowicza z Sojuszu Lewicy Demokratycznej do Platformy Obywatelskiej wywołał na scenie politycznej burzę. Otoczenie Grzegorza Napieralskiego nie kryje zdenerwowania, zwłaszcza że ruch ten odbił się szybko na sondażach przedwyborczych. Przed kolejnymi wyborami podkupywani są politycy, niczym zawodnicy przed ważnym turniejem piłkarskim, a SLD jest od jakiegoś czasu łakomym kąskiem dla Platformy.

Prezydent Bronisław Komorowski przeprowadził już taki quasi-transfer w przypadku gen. Wojciecha Jaruzelskiego, którego obwoził po Rosji jako symbol postkomunistycznej lewicy, zapraszał go na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego itp. Innym ważnym transferem było zatrudnienie Tomasza Nałęcza – niegdyś wielkiej gwiazdy medialnej Unii Pracy i Socjaldemokracji Polskiej – jako głównego doradcy prezydenta Komorowskiego. Dowiadujemy się również, że PO prowadzi intensywne negocjacje z działaczami SdPl, partii secesjonistki z szeregów SLD. Mówi się o poparciu przez Platformę Marka Borowskiego w wyborach do Senatu. Z SLD chciano by pozyskać Grzegorza Pisalskiego, Józefa Piniora, Genowefę Grabowską, Dariusza Rosatiego. Wszystko po to, aby osłabić grupę Napieralskiego, ale nie tylko...

PO oczyszcza wizerunek i przejmuje głosy

Co ciekawe, już pozyskani Nałęcz i Arłukowicz są postaciami związanymi z pracami komisji śledczych. Nałęcz był przewodniczącym komisji w sprawie afery Rywina, Arłukowicz błyszczał w czasie obrad komisji hazardowej. Przypomnijmy, że ataki tego ostatniego na rząd Platformy i samego Donalda Tuska były niezwykle ostre, a dziś zasiada on w klubie PO i pracuje na specjalnie powołanym dla niego stanowisku w rządzie Tuska. W ten sposób Platforma stara się maksymalnie oddalić od siebie skojarzenia powiązań polityków tej partii z różnymi aferami. Skoro najwięksi szermierze komisji śledczych są w ich szeregach, znaczy, że Platforma jest dziś czysta.

Drugi motyw pozyskiwania polityków lewicy dla PO jest jeszcze ważniejszy. Donald Tusk doskonale zdaje sobie sprawę, że logika wypadków politycznych wpycha go w koalicję z SLD po jesiennych wyborach parlamentarnych. Partia Tuska traci, a SLD od czasu minisukcesu wyborczego Grzegorza Napieralskiego jest coraz mocniejszy. Dla konstruktorów polskiej sceny politycznej spod znaku TVN i „Gazety Wyborczej” doprowadzenie do koalicji PO – SLD stało się jednym z głównych celów. W ten sposób pod sztandarami PO można by odnowić stare porozumienie postkomunistów i Unii Wolności i jeszcze bardziej przeorientować polską scenę polityczną na lewo.

Jednak dla Donalda Tuska scenariusz ten jest trudny do przyjęcia przede wszystkim ze względów propagandowych. Oficjalny sojusz z postkomunistami, którzy skompromitowali się w różnorakich aferach (za plecami Napieralskiego kryją się dziś Miller, Oleksy, Czarzasty itp.), byłby dla Platformy dużym obciążeniem propagandowym. Lepiej korzystać z głosów lewicy w sytuacjach kryzysowych, a formalnie pozostawać w koalicji z „niegroźnym” PSL. Aby to jednak było możliwe, konieczne jest przejęcie głosów lewicowego elektoratu, podczas gdy głosy prawicowe zdają się po prostu stracone. Trudno sobie wyobrazić, że w sytuacji postępującej drożyzny, kompromitacji rządu w kwestii śledztwa smoleńskiego byłoby możliwe uzyskanie przez PO mocnego poparcia elektoratu patriotycznego. Realizowanie różnorakich pomysłów lewicowych (pacyfikacja IPN, ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, ustawa o parytetach na listach wyborczych) ma na celu pokazanie, że PO w sposób skuteczny może wypełniać program lewicowy. Podkupywanie posłów jest tylko ostatnim etapem walki o wyborców lewicowych.

Jak przypodobać się Nowej Lewicy?

Oczywiście powstaje pytanie o strategię otoczenia Napieralskiego. Wszystko wskazuje na to, że SLD szykuje się do współrządzenia. Długie lata posuchy w tym względzie mocno nadwerężyły siły postkomunistów. Aby jednak móc zmusić Platformę do takiej koalicji, należało zyskać uznanie w lewackich kołach zachodnioeuropejskich. Tutaj Napieralski musiał się zmierzyć z Januszem Palikotem, pupilem mediów, zgłaszającym skrajnie lewackie pomysły legislacyjne, który jako lewak bez obciążeń postkomunistycznych mógł być dla kręgów zachodnich o wiele lepszym od Napieralskiego narzędziem do realizacji rewolucji kulturalnej w Polsce. Zaczął się zatem wyścig, kto jest bardziej radykalnym lewicowcem. Lansowanie pomysłu wprowadzenia legalizacji związków partnerskich zawęża z jednej strony elektorat SLD. Wszak nie ma w Polsce wielu zwolenników takiego rozwiązania. Tak samo jeśli idzie o projekt ustawy o penalizacji tzw. mowy nienawiści, który to projekt w prosty sposób kojarzy się Polakom z PRL-owską cenzurą. Dlaczego zatem SLD zgłasza takie projekty jeszcze przed wyborami? Przede wszystkim po to, aby uzyskać poklask w kręgach zachodnioeuropejskiej Nowej Lewicy, a nie w Polsce. Tajemnicą poliszynela jest to, że polska scena polityczna jest sterowana z zewnątrz i że wpływ czynników zewnętrznych jest o wiele większy niż zwykłych wyborców.

Napieralski wygrywa z Palikotem

W rywalizacji z Palikotem Napieralski okazał się lepszy, ponieważ potrafił skupić na sobie sporą część dawnego elektoratu postkomunistycznego. W Polsce nie ma dziś przyzwolenia na lewackie pomysły Palikota. Część dawnych członków PZPR wciąż tęskni za PRL. Napieralski, wygrawszy wojnę z Palikotem, szermujący hasłami Nowej Lewicy zachodnioeuropejskiej, niespodziewanie musi się dziś zmierzyć z uderzeniem ze strony Platformy, które zostało skierowane w bardzo czuły punkt, wszak możliwości transferowe SLD są o wiele skromniejsze niż możliwości rządzącej PO. To Tusk ma we władaniu ogromną liczbę różnorakich urzędów i beneficjów, którymi może kusić. SLD jest w opozycji. Jeśli Platformie uda się osłabić SLD do poziomu 12-13 procent, siła postkomunistów w przyszłym koalicyjnym rządzie nie będzie zbyt duża. Być może nawet Tusk zdecyduje się na rząd mniejszościowy. Ale premier boi się oficjalnej koalicji z SLD z jeszcze jednego powodu.

Widmo wariantu węgierskiego

Jeśli doszłoby do koalicji PO i SLD, jedyną opozycją w Sejmie byłoby Prawo i Sprawiedliwość. Ewentualna siła protestów społecznych, która za kilkanaście miesięcy może się wzmóc, uderzy z całą mocą w rządzący układ koalicyjny. Mógłby się zacząć powoli realizować wariant węgierski, kiedy to prawica antysystemowa na skutek masowych protestów społecznych przejęła władzę. W ten sposób bój o władzę PO i SLD mógłby się okazać w perspektywie czasu „ich bojem ostatnim”. Zostawiając nieco na boku wariant najbardziej dramatyczny, nie ulega wątpliwości, że w sytuacji kryzysu gospodarczego wszystkie partie będące w koalicji rządowej stracą. PO w ten sposób redukowałaby sobie na przyszłość ostatnią deskę ratunku – oficjalną koalicję z SLD. Dlatego wariant na SLD może być trzymany przez Tuska na jeszcze gorsze niż obecne czasy. Ludzie Napieralskiego zaś chcieliby tej władzy zasmakować już jesienią bieżącego roku. Ich radykalizm w postaci żądań rewizji ustawy o ochronie życia, wprowadzenia związków partnerskich ma przekonać kręgi unijne, aby te, w jakiś sposób, zmusiły Platformę do jakże upragnionej koalicji PO – SLD – PSL.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 18 maja 2011 roku.