|
Największą wadą polityki edukacyjnej zawsze jest jej nadmiar. Za rządów
Platformy reformowanie oświaty nabrało tempa niemal rewolucyjnego. Cóż z tego,
że pani minister Hall miewała przeciw sobie elitę kulturalną kraju, skoro zmiany
przepisów legitymizowały zalecenia prawdziwego suwerena: instytucji
europejskich.
Już expose premiera Donalda Tuska z 2007 roku przyniosło obawy o los polskiej
szkoły. To wówczas padła po raz pierwszy rządowa deklaracja o wydłużeniu
przymusu edukacyjnego poprzez objęcie nim sześciolatków w szkole i pięciolatków
w przedszkolu. Lider PO dał się wówczas poznać jako entuzjasta żłobków oraz
„wierzący” w oświecającą moc Internetu. Jak przystało na liberała edukację uznał
za instrument w ręku gospodarki. Już wówczas można było się domyślać, że polską
oświatę odda pod panowanie „salonu” i jego „Gazety”.
Pewne nadzieje można było jednak wiązać z dwoma obietnicami z expose:
decentralizacji oraz rozwoju konkurencyjność w edukacji. Można się było łudzić,
że wrogiem rządu będzie biurokracja, a krzewiciele zdrowych ambicji w oświacie
otrzymają wsparcie.
Jednak wraz z objęciem teki ministra przez Katarzynę Hall nie opuszcza nas
już tylko jedno odczucie: zażenowanie. Znalazło ono swoją pointę, gdy wszyscy
zobaczyli w tabloidzie, że król (polskiej edukacji) jest nagi. W rolę bajkowych
oszustów wcielili się tym razem „dziennikarze” z brukowca, fotografujący na
„ustawce” (umówionej sesji zdjęciowej mającej sprawiać wrażenie naturalności)
oświatową rewolucjonistkę z opuszczonymi spodniami.
Niestety problemy z funkcjonowaniem resortu od samego początku wykraczały
poza kwestie estetyki i ogłady. Zapowiedziane przez premiera „liberała”
upaństwowienie pięcio- i sześciolatków stało się istną idee fixe minister Hall.
Natychmiast zaczęła także pracować nad dalszym demontażem szkolnych podstaw
programowych i okaleczeniem kanonu lektur. Skrzętnie zabrano się do osłabiania
odziedziczonych po poprzednikach rozwiązań zaprowadzających elementarny ład w
przestrzeni szkolnej (mundurki, walka z przemocą, przywracanie autorytetu
nauczycielom). Już wówczas zapowiedziano działania na rzecz lobby
podręcznikowego, które ucierpiało w czasach „faszyzacji” MEN. Wstydliwe
wspomnienia po próbach na rzecz wychowania patriotycznego miała szybko zatrzeć
m.in. edukacja globalna (następnym szczeblem postępu będzie już chyba edukacja w
zakresie materii i antymaterii...).
Błyskawicznie wykluła się zatem nowa reforma oświaty. A lewicowy wynalazek,
jakim jest reforma, ma zawsze za siostrę syjamską biurokrację. I tak zaledwie
kilka miesięcy po expose z nadziejami na antybiurokratyczną decentralizację
można się było pożegnać. Już po trzech miesiącach urzędowania pani minister
zapracowała sobie na szeroką, przekraczającą ideowe podziały, krytykę za
równanie w dół we wszystkich sferach edukacji. Niezrażona gromami profesorów i
literatów Katarzyna Hall działała dalej, dopracowując się nawet „idei”
kolektywizacji podręczników. Po kolejnych trzech miesiącach, kiedy obcięto kanon
literatury, można już było zasadnie bronić tezy, że polska edukacja traci
suwerenność. Cóż z tego, że pani minister miała przeciw sobie elitę kulturalną
kraju, skoro zmiany przepisów legitymizowały zalecenia instytucji europejskich.
Jeszcze czystki personalne (m.in. „odzyskanie” CODN) i na progu nowego roku
szkolnego 2008/2009 bilans polityki edukacyjnej Platformy był imponujący:
rodzice zakładali protestacyjne strony internetowe, nauczyciele szykowali się na
manifestacje, a sama PO była rzekomo niezadowolona z własnego ministra.
A jednak dziś, po trzech latach, minister Hall trwa niezmordowanie na
stanowisku. Jak to się stało? Zbuntowani rodzice zostali zdyscyplinowani ustawą
„antyklapsową”. Nauczyciele dostali podwyżki. A Platforma... zadbała o lepszą
obsługę pijarowską MEN.
Przeciwnikiem numer jeden obecnego kursu MEN są rodzice. Każdy kto natrudził
się, aby zorganizować choćby jedno małe zebranie wie, jak wielką sztuką jest
aktywne zaangażowanie niemal 350 tys. osób. Pani minister się to udało. Ma tę
zorganizowaną grupę, a także przeważającą większość rodziców, przeciw sobie.
Taką właśnie liczbę podpisów złożył w Sejmie Komitet Inicjatywy Ustawodawczej.
Domaga się on cofnięcia rządowych decyzji rozszerzających przymus szkolny na
sześciolatki. Na najbliższym posiedzeniu izby niższej parlamentu 15 września
parlamentarzyści zajmą się tą sprawą. Rzeczywisty bieg spraw nie przeszkadza
jednak minister Hall i jej urzędowi określać rodziców jako „naszych aktywnych
sojuszników”, którzy „interweniują konstruktywnie, w trosce o potrzeby i
możliwości wszystkich dzieci”. Czy to samo usłyszymy podczas sejmowej
dyskusji?
Atmosfera wrogości wobec rodziny jest znakiem firmowym polityki edukacyjnej
państwa ostatnich czterech lat. Tylko dobrym obyczajom nakazującym szanować
prywatność zawdzięczamy, że opowieści o odbieraniu dzieci rodzicom pod byle
pretekstem kojarzymy wciąż raczej z krajami Zachodu. Część systemu prawnego,
aparatu państwowego i ideologicznej awangardy jest gotowa do takich działań.
Dowodzi tego najdobitniej opisany przez „Nasz Dziennik” precedens w Olsztynie.
Przy zaangażowaniu szkoły, poradni psychologiczno-pedagogicznej i sądu niemal
doprowadzono do rozerwania rodziny. Winą okazało się nieposyłanie dzieci na
dobrowolne zajęcia z zakresu seksedukacji.
To właśnie w tej czterolatce, w czasach dramatycznego upadku karności,
wypowiedziano wojnę rodzicielskiemu klapsowi. Naszą wrażliwość na dziecięcą
krzywdę (której główną przyczyną są rozwody, konkubinaty i w ogóle egoizm
dorosłych) wykorzystuje się do pobudzania podejrzliwości wobec rodziców i
rodziny.
W czasach, gdy Pentagon nie potrafi upilnować najściślejszych tajemnic
imperium, a polskie instytucje – samolotu z prezydentem na pokładzie, minister
Hall zapewnia, że komplet wrażliwych danych o wszystkich polskich uczniach
będzie bezpieczny. Takie dane już niemal na pewno będzie gromadził System
Informacji Oświatowej. Brakuje tylko podpisu prezydenta pod ustawą, aby młode
pokolenie już po wsze czasy pozostało oko w oko z Wielkim Bratem.
W centralnej inicjatywie ministerstwa na nowy rok szkolny pod hasłem „Otwarta
szkoła” znajdziemy wiele odniesień społecznych, wyeksponowano „edukację globalną
i międzykulturową”. Skrzętnie ominięto tylko dwa terminy: naród i patriotyzm. To
stała tendencja w pracach resortu pani Hall. Najdramatyczniejszym ich wątkiem
jest chyba destrukcja węzłowego elementu w edukacji Polaków – szkół maturalnych,
w szczególności liceum ogólnokształcącego. Kanon literatury – fundamentalny
nośnik tożsamości narodowej – poobcinano na zasadzie „równania w dół”, do
poziomu czytelników bryków. Licealne lekcje historii (nauczycielki życia
społecznego) zredukowano do roli „michałka”. Wymówką ma być nauczanie historii w
gimnazjum. A przecież zapełnione jest ono statystyczną próbką danego rocznika
młodzieży, co w większości przypadków z góry skazuje na niepowodzenie każde
ambitniejsze przedsięwzięcie dydaktyczne. Walec „zmiany programowej” przejechał
zresztą przez cały system i dał zarobić lobby podręcznikowemu.
Wracając do centralnych inicjatyw MEN-u – skierowane są one w tym roku do
organizacji pozarządowych. Troskę o nie powierzono jednak dwóm fundacjom.
Pierwszą jest Fundacja Edukacja dla Demokracji, której współzałożycielem jest
polityk Unii Wolności Janusz Onyszkiewicz. Jedną z zasług tej instytucji jest
propagowanie pajdokratycznej i libertystycznej „filozofii dla dzieci” Matthew
Lipmana, której przybliżenie wymagałoby osobnego tekstu. Stanowi ona w każdym
razie antypody tradycyjnej, a więc także klasycznej polskiej kultury. W ramach
pluralizmu MEN-owskie pieniądze między stowarzyszenia i fundacje będzie dzieliła
zaprzyjaźniona z tą pierwszą Fundacja Centrum Edukacji Obywatelskiej. W
przeciwieństwie do FEdD ma ona ofertę edukacji patriotycznej, przy czym dwa z
czterech tego typu programów poświęcono pielęgnowaniu dziedzictwa kultury...
żydowskiej.
Obok podejrzanych rodziców i będącego „nie na czasie” dziedzictwa narodowego
wśród niepewnych w oczach minister Hall elementów są sami nauczyciele. Co prawda
w tegorocznym programie MEN-u „Edukacja z Pasją” czytamy, że „dyrektor jest
liderem postępu w szkole” (sic!), ale na opornych nauczycieli znalazł się
pewniejszy sposób. Jest nim nowa większa rola odwiecznej nadziei krzewicieli
nowoczesności w szkole: poradnictwo psychologiczno-pedagogiczne. Od tego roku
szkolnego poradnia obok orzeczeń np. dla dzieci niewidomych, może wydawać
liczniejsze opinie. Dotychczas dotyczyły one kilku zagadnień i nie były wiążące
dla nauczycieli. Od 1 września poradnia może wydawać opinie w sprawach
określonych w różnych przepisach oświatowych oraz w sprawach związanych z
kształceniem i wychowaniem dzieci. Czyli w każdej sprawie. A dyrektorzy szkół
będą musieli je wypełniać. Czy wygra zdrowy rozsądek uczciwych specjalistów z
poradni czy rewolucyjna pasja doktrynerów z Centrum Metodycznego Pomocy
Psychologiczno-Pedagogicznej? Czy to koniec autonomii szkoły odzyskanej
dwadzieścia lat temu?
Autorytetu nauczyciela nie buduje oczywiście także upadający poziom
nauczania. To również efekt poczynań centralnych władz edukacyjnych, kierujących
się niemiarodajnymi badaniami PISA. Jak pisze ekspert: „Wymagania egzaminu
gimnazjalnego i maturalnego są systematycznie obniżane. Egzaminatorzy szukają
choćby śladów poprawności. Uczeń udziela prymitywnych językowo i merytorycznie
odpowiedzi, bo nie posiada wystarczającej wiedzy i sprawności komunikacyjnej, a
komisje egzaminacyjne powołują ekspertów, by rozstrzygać na jego korzyść tylko z
pozoru wątpliwą kwestię. (...) Kandydaci na studia wyższe nie są należycie
przygotowani (...) Ostatecznie chodzi tylko o dyplom. W tym względzie pragnienia
młodych ludzi i zamierzenia władz oświatowych są tożsame.” (M. Sagan,
Rzeczywista jakość kształcenia w polskich szkołach, „Zeszyty Społeczne KIK”
2011). Młodzi w mig chwytają zamysł polityki edukacyjnej. Jakie będą jej
owoce?
Zanim sformułuję prognozę powróćmy do expose z 2007 r. Wypowiedziano w nim
zamiar oddana edukacji i nauki na służbę cudu gospodarczego. Jeśli człowiek jest
stworzony do wieczności i do rozwijania w sobie pełni człowieczeństwa, wówczas
moralny wymiar góruje nad narzędziami. Lecz w polskiej polityce edukacyjnej (a
niestety także w pedagogice) widzimy ewidentne przeciwieństwo papieskiej
cywilizacji miłości: technika góruje nad etyką. Będące jedynie narzędziami:
języki obce, informatyzacja, ciepła woda w szkole i chwilowa ekonomiczna
użyteczność absolwentów to dobra, przed którymi musi ustąpić wysoki poziom
kształcenia humanistycznego, karność i ćwiczenie cnót, a nawet więzi rodzinne, o
patriotyzmie i czci Boga nie wspominając. Do rangi symbolu jedynie urasta na tym
tle zasłanianie krzyża na szkolnym banerze przez rzecznika minister Hall (por.
„Nasz
Dziennik” z 30.03.2011).
Pytając o skutki reform oświaty w III RP nie jesteśmy skazani na domysły.
Podróż w przyszłość odbyliśmy śledząc serwisy informacyjne w dniach od 6 do 10
sierpnia. Nowocześnie wyedukowana brytyjska „młodzież” dokonała szkód o wartości
kilku milionów funtów i spowodowała nieodwracalne zniszczenia dziedzictwa
architektury. Dwa miesiące przed tymi wydarzeniami redaktorska ręka zadrżała mi,
kiedy jeden z autorów „Zeszytów Społecznych KIK” napisał: „Jest mi osobiście
trudno mówić o ich [Brytyjczyków] kulturze, bo trudno mi ją dostrzec –
szczególnie odnosi się to do młodego pokolenia.” (K. Wołek, Polacy na
Wyspach, „Zeszyty Społeczne KIK” 2011). Tak, stan akulturalny,
acywilizacyjny będzie owocem szerzenia nieuctwa, cwaniactwa i rozrywania więzi
rodzinnych przez nadgorliwe państwo. Należy tylko pamiętać, że spadająca do roli
neokolonii Polska może gorzej radzić sobie ze „społecznymi niepokojami” niż
wyspiarska potęga kolonialna.
Ten dramatyczny obraz jest także wielkim wyzwaniem dla politycznej opozycji.
„Należy skończyć z przeciągającą się reformą edukacji, która (...) doprowadziła
do tego, że grupy interesów są silniejsze niż minister edukacji”. Tak! To
pierwszorzędny postulat w zakresie polityki edukacyjnej. To sympatyczne
sformułowanie eksponowane w programie PiS traci swą atrakcyjność po lekturze
całego dokumentu. Obok niezwykle trafnych tez zawiera on bowiem szereg
postulatów (np. kolejnej diametralnej zmiany struktur oświaty) pełnych wiary w
zbawienną moc ingerencji państwowej w materię oświatową i stanowiących materiał
na kolejną potężną... reformę. Panowie politycy ze wszystkich opcji: szkoła nie
jest do reformowania. Szkoła jest po to, aby uczyć i wychowywać. I poradzi sobie
z tym bez was. Zatroszczycie się tylko o organizację materialnych warunków dla
niej i ochronę narodowego dziedzictwa.
Skrócona wersja artykułu ukazała się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 16
września 2011.
|