Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Jan Paweł II
i o. Krąpiec

Galeria foto
Multimedia
Mirosław Król
Św. Andrzej Bobola
Spróbuj pomyśleć (Radio Maryja)
Św. Andrzej Bobola
Mirosław Król
Ks. Piotr Skarga
Spróbuj pomyśleć (Radio Maryja)
Ks. Piotr Skarga
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
Radosław Brzózka 2011-01-19

Czwarta władza – w stronę monopolu

Dysproporcja w mediach jest niesprawiedliwa dla PiS, pozaparlamentarnej prawicy, ale nade wszystko dla szczerze katolickiego i narodowego odłamu społeczeństwa. Monopolizacja debaty publicznej pogłębia się w wyniku narzucenia języka sfabrykowanych emocji.

W roku 2010 polityczny wydźwięk mediów jeszcze bardziej się ujednolicił. Platforma rękami lewicy zmieniła oblicze publicznego radia i telewizji. Telewizyjni potentaci, na których tak liczy Andrzej Wajda z komitetu honorowego B. Komorowskiego, umacniali swój potencjał, rozwijając platformy cyfrowe i kanały tematyczne. Dokonują lub projektują swoją ekspansję w Internecie, zarówno w dziedzinie udostępniania sieci (Polsat), jak i w zakresie dostarczania internetowych treści (TVN z Onetem). Zainstalowali nawet swoje telewizyjno-internetowe usługi w nowoczesnych aparatach telewizyjnych marki Sony (TVN) i Panasonic (Polsat), aby łatwiej wejść do naszych domów. Kolejne rozgłośnie zostały wchłonięte przez sieci radiowe, m.in. po to, aby Monika Olejnik wyraźniej mogła stawiać swoją „Kropkę nad i”. Także tygodniki opinii, po objęciu „Wprost” przez Tomasza Lisa, gremialnie dociągają do wysokiego poziomu wyznaczanego przez „salon” kawiorowej lewicy (sponsorowany w całości przez koncern Agora).

Platforma Obywatelska po kolejnych zwycięskich wyborach i wewnętrznej ewolucji mogła liczyć na coraz większą życzliwość mediów komercyjnych. Dlatego odebranie mediów publicznych politycznej konkurencji nie było i nie jest dla niej jedynym ani najważniejszym celem w stosunku do rynku medialnego. Ważniejszą sprawą jest dla partii Tuska balansowanie pomiędzy koniecznością wywdzięczania się właścicielom mediów i salonowi, który nadaje w nich ton, a równie ważną potrzebą zachowania od nich względnej niezależności. Za najlepsze narzędzie do tego celu uznano nie tyle przejęcie kontroli nad mediami, ile przedłużające się zabiegi wokół tej sprawy (zwane „odpolitycznianiem” mediów). W ten sposób Platforma osłabia ekonomicznie i organizacyjnie media publiczne (poważną konkurencję na rynku reklam dla jej komercyjnych przyjaciół), a jednocześnie trzyma w niepewności co do ich ostatecznego losu medialnych potentatów i grupy interesu powiązane z salonem.

W mijającym roku udało się wreszcie SLD, PSL-owi i PO „odpolitycznić” Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Następnie Lewica zaczęła „depisyzację” samego publicznego radia i telewizji. Stopniowo usuwa się nie mieszczących się w cywilizowanych lewicowo-liberalnych standardach dziennikarzy programów informacyjnych i publicystów, do których selekcji włączył się sam premier (casus J. Pospieszalskiego). Przedłużający się konkurs na członków rad nadzorczych publicznych mediów daje pole do popisu sprawującym tymczasowy zarząd ludziom Lewicy. Jednak to Platforma jest głównym beneficjentem korzyści z posunięć, takich jak usunięcie z Trójki muzycznego programu W. Cejrowskiego. Procesem „odpolityczniania” usiłuje się także objąć dziennik „Rzeczpospolita”. Rząd, będący udziałowcem spółki wydającej gazetę, zabiegał o rozwiązanie tego podmiotu gospodarczego. Spotkało się to z ostrymi krytycznymi głosami w prasie brytyjskiej.

Poglądy polityczne Polaków i sympatie polityczne mediów w Polsce to dwa różne, nie przystające do siebie światy. Przez ostatnie dwadzieścia lat napisano o tym wiele. Dziennikarze i publicyści, którzy mieli ochotę uczciwie przedstawiać wyciszane poglądy, nie raz oprotestowywali spotykające ich wymilczanie i margianalizację.

Dostatecznie przeanalizowano takie przyczyny politycznego wydźwięku mediów III RP, jak: sama konfiguracja podmiotów politycznych, będąca efektem okrągłego stołu; układ własnościowy w mediach, wynikający z „porządków” z roku 1989 czy negatywna selekcja do pracy dziennikarskiej, jako dziedzictwo PRL zarówno w tej grupie zawodowej, jak i na uczelniach kształcących przyszłych redaktorów.

Obecnie zwraca się uwagę na dwie względnie nowe kwestie. Po pierwsze, system polityczny zaczął zmierzać ku układowi dwupartyjnemu. Po drugie, sposób prowadzenia dyskusji politycznej na oczach opinii publicznej opiera się obecnie na tworzeniu „narracji” – luźno związanych z rzeczywistością, z poważnymi problemami politycznymi – które jednak wzbudzają społeczne emocje (tzw. polityka PR-u, polityka wizerunkowa, czyli wirtualna postpolityka). Oba zjawiska niosą ze sobą istotne konsekwencje.

Dwupartyjność odbija się w mediach w przekonaniu – popularnym zarówno wśród dziennikarzy, jak i wśród odbiorców – że ważne kwestie polityczne mogą być podnoszone tylko przez dwa silne obozy partyjne. Marginalizuje to pozostałe partie parlamentarne i całą opozycję pozaparlamentarną. Jest empirycznie stwierdzalnym faktem, że w sporze PO i PIS sympatie mediów były wyraźnie przechylone ku Platformie nawet wtedy, gdy partia braci Kaczyńskich wygrywała wybory czy miała wpływ na media publiczne. Jednocześnie polityka PR-owska wyklucza z dyskusji tych, którzy nie chcą wpisać się w wirtualne spory, lecz mają do przekazania zakorzeniony w rzeczywistości program polityczny. Nie może zatem dojść do głosu program osadzony w rzeczywistości chłodno ocenianego tu i teraz – wewnątrz i na zewnątrz Polski oraz w rzeczywistości kultury polskiej i europejskiego dziedzictwa.

Jeśli w świetle tych znanych faktów spojrzymy na medialne usytuowanie PiS, musimy stwierdzić, że parlamentarna reprezentacja prawicy wpisuje się zarówno w wizję dwupartyjności, jak i język PR-owski. Naśladowanie „narzędzia walki”, którym posługuje się obóz Tuska, nie ułatwia zmagań z nadreprezentatywnością PO w mediach.

Czy jedyną przyczyną wirtualizacji dyskusji politycznej jest narzucenie takich standardów przez PO? Wydaje się, że nie do końca. Ten emocjonalny ton przekazu pasuje bowiem do „romantycznej” wizji patriotyzmu reprezentowanej przez główny nurt PiS.

Oczywiście dyskusje o opiniach muszą zawierać emocje. PR-owskie narracje nie odwołują się jednak do retorycznego patosu, do żywych i wzniosłych uczuć, które budzą wielkie sprawy (tak charakterystycznych dla tradycji romantycznej). Za obcobrzmiącą zbitką dwóch liter wymawianych z angielska kryje się czysto instrumentalny rozum nastawiony na manipulowanie. Spoiwem komunikacji PR-owskiej są silne emocje w sposób wyrachowany sfabrykowane przez manipulatorów, szczerze natomiast podchwytywane przez odbiorców.

Warto przypomnieć, że nie zawsze „romantyczny” patriotyzm i PR-owski pragmatyzm (z tym ostatnim PiS w jakiejś mierze szczęśliwie rozstał się wraz z odejściem spin doktorów-secesjonistów) były jedynym obliczem partii braci Kaczyńskich. Największe sukcesy PIS-u poprzedziła znamienna deklaracja Lecha Kaczyńskiego (wygłoszona zresztą w nieokrągłostołowych mediach). Wskazał on, że nie sposób skutecznie reprezentować politycznie większość społeczeństwa (która później rzeczywiście zagłosowała na L. Kaczyńskiego), zakorzenioną w klasycznej polskiej kulturze, bez uwzględnienia nurtu katolicko-narodowego. Jedną z tradycyjnych cech tego nurtu jest racjonalność dyskursu politycznego, której postsarmacką Polskę uczyli m.in. J.L. Popławski, Z. Balicki i R. Dmowski.

Niechlubne zejście ze sceny politycznej LPR-u oraz spory światopoglądowe wewnątrz prawicy (których symbolem było odejście M. Jurka z PIS) osłabiły siłę tej deklaracji. Jednocześnie pogłębił się dramat zaniku narodowej komunikacji – bezwzględnie zapanował PR-owski przekaz polityków, z niedoścignionym mistrzostwem Donalda Tuska w tym zakresie.

Niesprawiedliwa dla PIS, pozaparlamentarnej prawicy, a nade wszystko szczerze katolickiego i narodowego odłamu społeczeństwa dysproporcja w mediach pogłębia się zatem w wyniku narzucenia języka emocji, ale także w wyniku ulegania takiemu językowi. Racje i dochodzący do nich prawy rozum to w w dyskusjach politycznych współczesnej Polski luksusowy towar. Można go jeszcze znaleźć w kręgach ekspertów i wąskich klubach. Nie ma na niego popytu nie tylko wśród dziennikarzy, ale także części parlamentarzystów prawicy.

Jakże inaczej podchodził do tego zagadnienia zmarły 72. lata temu polityk, współtwórca niepodległości Polski – Roman Dmowski: „Zbliżenie się z nauką, zrozumienie jej ducha rozwija w społeczeństwie miłość prawdy, wypiera z życia społecznego kłamstwo: kłamstwo poczciwe, polegające na złudzeniach co do siebie samych i co do świata zewnętrznego, złudzeniach, które były źródłem tylu klęsk naszej ojczyzny – i kłamstwo podłe, obmyślane i często zorganizowane, które znieprawia życie polityczne i rozkłada siłę narodu” – pisał lider ruchu narodowego. Chcąc uzdrowić narodową komunikację, trzeba zatem pamiętać o dwóch równie ważnych zadaniach. Obok przywrócenia reprezentatywności politycznej mediów konieczne jest silniejsze racjonalne podbudowanie debaty Polaków.

Autor w latach 2004-2008 był członkiem Rady Programowej TVP Lublin i Rady Programowej Radia Lublin.
Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 19 stycznia 2011 roku.