|
Dysproporcja w mediach jest niesprawiedliwa dla PiS, pozaparlamentarnej
prawicy, ale nade wszystko dla szczerze katolickiego i narodowego odłamu
społeczeństwa. Monopolizacja debaty publicznej pogłębia się w wyniku narzucenia
języka sfabrykowanych emocji.
W roku 2010 polityczny wydźwięk mediów jeszcze bardziej się ujednolicił.
Platforma rękami lewicy zmieniła oblicze publicznego radia i telewizji.
Telewizyjni potentaci, na których tak liczy Andrzej Wajda z komitetu honorowego
B. Komorowskiego, umacniali swój potencjał, rozwijając platformy cyfrowe i
kanały tematyczne. Dokonują lub projektują swoją ekspansję w Internecie, zarówno
w dziedzinie udostępniania sieci (Polsat), jak i w zakresie dostarczania
internetowych treści (TVN z Onetem). Zainstalowali nawet swoje
telewizyjno-internetowe usługi w nowoczesnych aparatach telewizyjnych marki Sony
(TVN) i Panasonic (Polsat), aby łatwiej wejść do naszych domów. Kolejne
rozgłośnie zostały wchłonięte przez sieci radiowe, m.in. po to, aby Monika
Olejnik wyraźniej mogła stawiać swoją „Kropkę nad i”. Także tygodniki opinii, po
objęciu „Wprost” przez Tomasza Lisa, gremialnie dociągają do wysokiego poziomu
wyznaczanego przez „salon” kawiorowej lewicy (sponsorowany w całości przez
koncern Agora).
Platforma Obywatelska po kolejnych zwycięskich wyborach i wewnętrznej
ewolucji mogła liczyć na coraz większą życzliwość mediów komercyjnych. Dlatego
odebranie mediów publicznych politycznej konkurencji nie było i nie jest dla
niej jedynym ani najważniejszym celem w stosunku do rynku medialnego. Ważniejszą
sprawą jest dla partii Tuska balansowanie pomiędzy koniecznością wywdzięczania
się właścicielom mediów i salonowi, który nadaje w nich ton, a równie ważną
potrzebą zachowania od nich względnej niezależności. Za najlepsze narzędzie do
tego celu uznano nie tyle przejęcie kontroli nad mediami, ile przedłużające się
zabiegi wokół tej sprawy (zwane „odpolitycznianiem” mediów). W ten sposób
Platforma osłabia ekonomicznie i organizacyjnie media publiczne (poważną
konkurencję na rynku reklam dla jej komercyjnych przyjaciół), a jednocześnie
trzyma w niepewności co do ich ostatecznego losu medialnych potentatów i grupy
interesu powiązane z salonem.
W mijającym roku udało się wreszcie SLD, PSL-owi i PO „odpolitycznić” Krajową
Radę Radiofonii i Telewizji. Następnie Lewica zaczęła „depisyzację” samego
publicznego radia i telewizji. Stopniowo usuwa się nie mieszczących się w
cywilizowanych lewicowo-liberalnych standardach dziennikarzy programów
informacyjnych i publicystów, do których selekcji włączył się sam premier (casus
J. Pospieszalskiego). Przedłużający się konkurs na członków rad nadzorczych
publicznych mediów daje pole do popisu sprawującym tymczasowy zarząd ludziom
Lewicy. Jednak to Platforma jest głównym beneficjentem korzyści z posunięć,
takich jak usunięcie z Trójki muzycznego programu W. Cejrowskiego. Procesem
„odpolityczniania” usiłuje się także objąć dziennik „Rzeczpospolita”. Rząd,
będący udziałowcem spółki wydającej gazetę, zabiegał o rozwiązanie tego podmiotu
gospodarczego. Spotkało się to z ostrymi krytycznymi głosami w prasie
brytyjskiej.
Poglądy polityczne Polaków i sympatie polityczne mediów w Polsce to dwa
różne, nie przystające do siebie światy. Przez ostatnie dwadzieścia lat napisano
o tym wiele. Dziennikarze i publicyści, którzy mieli ochotę uczciwie
przedstawiać wyciszane poglądy, nie raz oprotestowywali spotykające ich
wymilczanie i margianalizację.
Dostatecznie przeanalizowano takie przyczyny politycznego wydźwięku mediów
III RP, jak: sama konfiguracja podmiotów politycznych, będąca efektem okrągłego
stołu; układ własnościowy w mediach, wynikający z „porządków” z roku 1989 czy
negatywna selekcja do pracy dziennikarskiej, jako dziedzictwo PRL zarówno w tej
grupie zawodowej, jak i na uczelniach kształcących przyszłych redaktorów.
Obecnie zwraca się uwagę na dwie względnie nowe kwestie. Po pierwsze, system
polityczny zaczął zmierzać ku układowi dwupartyjnemu. Po drugie, sposób
prowadzenia dyskusji politycznej na oczach opinii publicznej opiera się obecnie
na tworzeniu „narracji” – luźno związanych z rzeczywistością, z poważnymi
problemami politycznymi – które jednak wzbudzają społeczne emocje (tzw. polityka
PR-u, polityka wizerunkowa, czyli wirtualna postpolityka). Oba zjawiska niosą ze
sobą istotne konsekwencje.
Dwupartyjność odbija się w mediach w przekonaniu – popularnym zarówno wśród
dziennikarzy, jak i wśród odbiorców – że ważne kwestie polityczne mogą być
podnoszone tylko przez dwa silne obozy partyjne. Marginalizuje to pozostałe
partie parlamentarne i całą opozycję pozaparlamentarną. Jest empirycznie
stwierdzalnym faktem, że w sporze PO i PIS sympatie mediów były wyraźnie
przechylone ku Platformie nawet wtedy, gdy partia braci Kaczyńskich wygrywała
wybory czy miała wpływ na media publiczne. Jednocześnie polityka PR-owska
wyklucza z dyskusji tych, którzy nie chcą wpisać się w wirtualne spory, lecz
mają do przekazania zakorzeniony w rzeczywistości program polityczny. Nie może
zatem dojść do głosu program osadzony w rzeczywistości chłodno ocenianego tu i
teraz – wewnątrz i na zewnątrz Polski oraz w rzeczywistości kultury polskiej i
europejskiego dziedzictwa.
Jeśli w świetle tych znanych faktów spojrzymy na medialne usytuowanie PiS,
musimy stwierdzić, że parlamentarna reprezentacja prawicy wpisuje się zarówno w
wizję dwupartyjności, jak i język PR-owski. Naśladowanie „narzędzia walki”,
którym posługuje się obóz Tuska, nie ułatwia zmagań z nadreprezentatywnością PO
w mediach.
Czy jedyną przyczyną wirtualizacji dyskusji politycznej jest narzucenie
takich standardów przez PO? Wydaje się, że nie do końca. Ten emocjonalny ton
przekazu pasuje bowiem do „romantycznej” wizji patriotyzmu reprezentowanej przez
główny nurt PiS.
Oczywiście dyskusje o opiniach muszą zawierać emocje. PR-owskie narracje nie
odwołują się jednak do retorycznego patosu, do żywych i wzniosłych uczuć, które
budzą wielkie sprawy (tak charakterystycznych dla tradycji romantycznej). Za
obcobrzmiącą zbitką dwóch liter wymawianych z angielska kryje się czysto
instrumentalny rozum nastawiony na manipulowanie. Spoiwem komunikacji PR-owskiej
są silne emocje w sposób wyrachowany sfabrykowane przez manipulatorów, szczerze
natomiast podchwytywane przez odbiorców.
Warto przypomnieć, że nie zawsze „romantyczny” patriotyzm i PR-owski
pragmatyzm (z tym ostatnim PiS w jakiejś mierze szczęśliwie rozstał się wraz z
odejściem spin doktorów-secesjonistów) były jedynym obliczem partii braci
Kaczyńskich. Największe sukcesy PIS-u poprzedziła znamienna deklaracja Lecha
Kaczyńskiego (wygłoszona zresztą w nieokrągłostołowych mediach). Wskazał on, że
nie sposób skutecznie reprezentować politycznie większość społeczeństwa (która
później rzeczywiście zagłosowała na L. Kaczyńskiego), zakorzenioną w klasycznej
polskiej kulturze, bez uwzględnienia nurtu katolicko-narodowego. Jedną z
tradycyjnych cech tego nurtu jest racjonalność dyskursu politycznego, której
postsarmacką Polskę uczyli m.in. J.L. Popławski, Z. Balicki i R. Dmowski.
Niechlubne zejście ze sceny politycznej LPR-u oraz spory światopoglądowe
wewnątrz prawicy (których symbolem było odejście M. Jurka z PIS) osłabiły siłę
tej deklaracji. Jednocześnie pogłębił się dramat zaniku narodowej komunikacji –
bezwzględnie zapanował PR-owski przekaz polityków, z niedoścignionym
mistrzostwem Donalda Tuska w tym zakresie.
Niesprawiedliwa dla PIS, pozaparlamentarnej prawicy, a nade wszystko szczerze
katolickiego i narodowego odłamu społeczeństwa dysproporcja w mediach pogłębia
się zatem w wyniku narzucenia języka emocji, ale także w wyniku ulegania takiemu
językowi. Racje i dochodzący do nich prawy rozum to w w dyskusjach politycznych
współczesnej Polski luksusowy towar. Można go jeszcze znaleźć w kręgach
ekspertów i wąskich klubach. Nie ma na niego popytu nie tylko wśród
dziennikarzy, ale także części parlamentarzystów prawicy.
Jakże inaczej podchodził do tego zagadnienia zmarły 72. lata temu polityk,
współtwórca niepodległości Polski – Roman Dmowski: „Zbliżenie się z nauką,
zrozumienie jej ducha rozwija w społeczeństwie miłość prawdy, wypiera z życia
społecznego kłamstwo: kłamstwo poczciwe, polegające na złudzeniach co do siebie
samych i co do świata zewnętrznego, złudzeniach, które były źródłem tylu klęsk
naszej ojczyzny – i kłamstwo podłe, obmyślane i często zorganizowane, które
znieprawia życie polityczne i rozkłada siłę narodu” – pisał lider ruchu
narodowego. Chcąc uzdrowić narodową komunikację, trzeba zatem pamiętać o dwóch
równie ważnych zadaniach. Obok przywrócenia reprezentatywności politycznej
mediów konieczne jest silniejsze racjonalne podbudowanie debaty Polaków.
Autor w latach 2004-2008 był członkiem Rady Programowej TVP Lublin i Rady
Programowej Radia Lublin.
Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 19 stycznia 2011
roku.
|