Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Jan Paweł II
i o. Krąpiec

Galeria foto
Multimedia
Mirosław Król
Ks. Piotr Skarga
Spróbuj pomyśleć (Radio Maryja)
Ks. Piotr Skarga
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
dr Artur Mamcarz-Plisiecki 2010-05-15

Czy polszczyzna ocaleje?

Odpowiedź na pytanie postawione w tytule wydaje się bardzo prosta. Udzielił jej ponad sto lat temu Cyprian Kamil Norwid. Całkiem niedawno zaś jego słowa przypomnieli Polakom księża biskupi. Pięknie wybrzmiały one w liście pasterskim, w którym mowę ojczystą uznano za: „bezcenne dobro każdego narodu”. „Nie tarcza – mówi poeta – nie miecz bronią języka lecz arcydzieła”. Wystarczy więc, by powstawały w Polsce wybitne dzieła literatury i sztuki, a obronimy jako naród własną tożsamość i własny język. „Wystarczy”?! – od razu widać, że to łatwiej powiedzieć niż wykonać! Przecież degradacja polskich obyczajów, zachowań, całej sfery publicznej, polityki, edukacji i właśnie języka postępuje w tempie zastraszającym! Warto więc może się zastanowić czy mamy jeszcze szansę odbić się od dna. Trzeba też pomyśleć o możliwościach odbudowania polskiej kultury literackiej – chodzi wszak, jeśli wierzyć Norwidowi, o obronę i ratunek dla polskiego języka.

Artyzm na straży tożsamości

Jest niezmiernie ciekawe, jak szybko sentencja poety wypowiedziana w latach 60-tych XIX wieku miała wcielić się w życie. Otóż po powstaniu styczniowym (1863-1864) sytuacja w Polsce była naprawdę dramatyczna. Chodzi nie tylko o represje, konfiskaty majątków, wywózki na Sybir, które spadły na uczestników walk. Nie idzie nawet o walkę z polskością, która prowadzona była systematycznie zarówno przez Rosję jak i Prusy. Zresztą Polacy indywidualnie czy później nawet społecznie bądź gospodarczo całkiem nieźle sobie radzili. Któż dziś pamięta jeszcze o polskich inżynierach, architektach czy budowniczych znakomicie pracujących nad rozwojem przemysłu i techniki? O tych, którzy nawet katorgę na Syberii wykorzystywali do badania jej przyrody i zasobów naturalnych? O wybitnych polskich geologach, podróżnikach czy przyrodnikach? Kto obecnie myśli o krajowych społecznikach, twórcach spółek giełdowych, bankowcach, spółdzielcach, wydawcach książek i prasy? Chodzi jednak nie o sytuację jednostek, ale o pozycję naszych rodaków jako społeczeństwa i narodu. Tymczasem właśnie sprawa – powiedzmy – „narodowa” Polaków przedstawiała się wtedy bardzo źle. Na brak własnego państwa i rodzimych instytucji nałożyły się przekonania, które mogły prowadzić do społecznej depresji i pesymizmu – czyli w konsekwencji do kompletnego wynarodowienia. Chyba największe spustoszenie wywoływał rozpowszechniony wśród pozytywistów darwinizm społeczny. Był to pogląd, że podobnie jak u zwierząt, tak i wśród ludzkich narodów trwa brutalna walka o istnienie. Polakom natomiast, po upadku powstania styczniowego, bardzo dobitnie „udowodniono”, że są słabi, nie mają więc racji bytu, pozostają narodem bez znaczenia. Pozytywiści ukazywali więc w swej twórczości obraz chorego społeczeństwa, które należy podnieść na wyższy poziom ekonomiczny, cywilizacyjny i kulturowy. Dopiero dzięki tego typu działalności – ich zdaniem – Polacy będą mogli stanąć do rywalizacji-walki z innymi narodami.

Z podobnych założeń wyrastały poglądy ludzi, którzy dla rozwoju polskiego pesymizmu zrobili chyba najwięcej. Byli to konserwatyści krakowscy, czyli tzw. „stańczycy”. Przedstawiali oni bardzo negatywny obraz dziejów Polski, zwłaszcza I Rzeczpospolitej. Popularyzowali tezę, że główną przyczyną jej upadku było warcholstwo, prywata i „instynkt anarchiczny” Polaków. Można powiedzieć, że „historyczna szkoła krakowska” w okresie swej działalności (czyli przez 50 lat! – 1864-1914) przytłoczyła swym pesymizmem politycznym i charakterologicznym duży odłam polskiego społeczeństwa. Stańczycy wytworzyli i szeroko spopularyzowali nowy mit – chorego narodu, anarchicznego i bez politycznego rozumu.

Na upowszechnienie tego typu twierdzeń złożyło się szereg czynników. Nie możemy zapominać, że u swoich źródeł poglądy te wpisały się jakoś w ogólne nastroje społeczne – ukształtowane w czasie wielkiej narodowej „smuty” po upadku powstania. Trzeba mieć też jednak na uwadze, że właśnie wtedy nastąpił niezwykle dynamiczny rozwój prasy. Zmieniła ona mianowicie swój dotychczasowy charakter. Gazety przestały być już wysyłane do nielicznej grupy abonentów, a zaczęto je sprzedawać do prawdziwie masowego odbiorcy. Zarówno więc pozytywiści, jak i stańczycy ze swymi poglądami trafiali od razu do bardzo szerokiej grupy adresatów.

Na szczęście dla nas, czy raczej dla naszego poczucia własnej wartości pojawiło się wówczas dwóch gigantów. Byli to niezwykle utalentowani artyści, którzy swoją sugestywną, poruszającą i piękną twórczością zdobyli dusze i wyobraźnie większości Polaków. Z jednaj strony był to mistrz pędzla, Jan Matejko, z drugiej wirtuoz pióra, Henryk Sienkiewicz. W ich działalności, zwłaszcza tego ostatniego spełniły się słowa Cypriana Kamila Norwida. Arcydzieła twórcy Trylogii uratowały nasz język przed kompletnym rozpuszczeniem się w pruskim ale też i rosyjskim kwasie. Sienkiewicz przynosił odczucie historycznej wielkości polskiego narodu i polskiego państwa. Krzewił kult rycerstwa i rycerskości w niezwykłej wprost skali. Rycerstwa opartego nie tylko na walorach fizycznych, ale przede wszystkim duchowych i moralnych. Krzepił ducha Polaków, pokazywał, że nigdy nie należy tracić nadziei. Budził żądzę awantury, niezwykłej przygody, wyzwalał instynkt bohaterski i heroicznego ducha. Uwydatniał w niesłychanie barwny, malarski i popularny sposób dziejową misję Polski, kreśląc tym samym wizję przyszłego państwa.

Wspaniały kunszt Sienkiewicza potrafił docenić nawet jego zagorzały przeciwnik i parodysta, Witold Gombrowicz. Tak pisał w swoim dzienniku o sięganiu po Trylogię: „Czytam Sienkiewicza. Dręcząca lektura. Mówimy: dość kiepskie, i czytamy dalej. Powiadamy: ależ to taniocha – i nie możemy się oderwać. Wykrzykujemy: nieznośna opera i czytamy w dalszym ciągu urzeczeni. (…) Trudno też w dziejach literatury o przykład podobnego oczarowania narodu, bardziej magicznego wpływu na wyobraźnię mas. Sienkiewicz, ten magik, ten uwodziciel, wsadził nam w głowy Kmicica wraz z Wołodyjowskim oraz Panem Hetmanem Wielkim i zakorkował je” (cyt. za: S. Siewierski, Czytania Sienkiewicza, „Przegląd Humanistyczny” nr 6 / 1996).

Mowa jak spiż dźwięczny

Wystarczy próbka jego wypowiedzi o polskiej mowie, aby zrozumieć, jaki ładunek emocji i wzniosłości potrafił dawać Polakom Henryk Sienkiewicz: „Opatrzność tworząc narody, hojnie osypała naszych praojców rozlicznymi darami. Dała im obszerne i żyzne ziemie; dała im zarazem lwie i gołębie serca, szlachetne dusze i bystre umysły, zdolne do najgórniejszych lotów. Ale nie był to jeszcze kres darów. Można by mniemać, że Bóg, tworząc Polaków rzekł im: Oto na domiar wszystkiego daję wam spiż dźwięczny, a niespożyty, taki z jakiego ludy żyjące przed wami, stawiały posągi swym bohaterom: daję wam złoto błyszczące i giętkie, a wy z tego tworzywa uczyńcie mowę waszą. I została ta mowa, niespożyta, piękna i dźwięczna, że chyba tylko język dawnych Hellenów może się z nią porównać. Powstali również z biegiem wieków liczni mistrze słowa, którzy ze spiżu uczynili ramę harfy, a ze złota nawiązali na nią struny. A wówczas poczęła śpiewać ta polska harfa i wyśpiewywać dawne życie. Czasem huczała jak grzmot w górach; czasem unosiła się nad równinami; czasem w skowronkowych tonach dźwięczała nad polami – błogosławiąca i błogosławiona, czysta jak łza, Boża jak modlitwa – słodka jak miłość” (Mowa H. Sienkiewicza z okazji odsłonięcia pomnika Juliusza Słowackiego w 1899 r. w Miłosławiu, cyt. za: Z. Gloger, Encyklopedia staropolska, Warszawa 1985, t. III).

Jeśli dodać do tego, że Henryk Sienkiewicz był w tym czasie najbardziej poczytnym polskim pisarzem, zaś Trylogia była zasadniczo pierwszą książką, którą młodzież (inteligencka, rzemieślnicza, nawet chłopska) pochłaniała z wypiekami na policzkach, to otrzymujemy skalę oddziaływania Sienkiewicza na Polaków. Jedynie ten autor, przez swoje pisarstwo, był w stanie odwrócić, przełamać w Polakach ten narodowy samokrytycyzm, który niemal na trwałe został odciśnięty na naszej mentalności w XIX wieku.

Jeśli chodzi o stan ducha naszych rodaków, to mamy sytuację bardzo podobną do tej z końca XIX wieku. Od szeregu lat, w wielu opiniotwórczych środkach przekazu w Polsce, trwa prawdziwy spektakl samobiczowania. Jesteśmy podobno: narodem warchołów, antysemitów oraz nieudaczników życiowych. „Słynna” jest też w świecie nasza: „nietolerancja”, „zacofanie” czy „widowiskowa religijność”, „połączona” oczywiście z pijaństwem i fanatyzmem. Zdumiewa np. mniej czy bardziej otwarta pogarda wielu przedstawicieli polskich elit (zwłaszcza publicystów i niektórych przywódców politycznych) dla „tego kraju”, w którym podobno nic się nie da zrobić. Nic dziwnego więc, że Polacy stanowią wciąż najmniej zadowolony z siebie naród ze wszystkich ludów Europy! Najwyraźniej czarny obraz polskości trafia u nas zawsze na bardzo podatny grunt…

Wychować współczesnego Sienkiewicza

Jakże przydałby się w takim razie polskiej kulturze dzisiaj artysta na miarę Sienkiewicza! Taki, który rozpaliłby serca i zdobył na nowo polską wyobraźnię. Oczywiście obecnie w dobie mediów elektronicznych i Internetu słowo ma zdecydowanie mniejszą siłę oddziaływania niż kilkadziesiąt lat temu. Atrakcyjne dzieło medialne jednak – dobry reportaż, ciekawa audycja, pięknie zredagowana strona internetowa także może przyciągać i poruszać odbiorców. Zwłaszcza jeśli umiejętnie połączy się w tych „produkcjach” ich aspekt słowny i wizualny.

Co można jednak zrobić by przygotowywać czy w jakieś mierze wychowywać przyszłych artystów? Na pewno trzeba zacząć od polskiego domu i polskiej szkoły. Ciekawe, że w przypadku tej ostatniej słyszeliśmy już najrozmaitsze, nieraz karkołomne deklaracje programowe. Niektórzy reformatorzy edukacji byli nawet w stanie powiedzieć, że ich celem jest to, by absolwent określonego typu szkoły potrafił składać zeznania podatkowe – „PIT-y”. Nikt jednak dotąd nie proponował, że uczeń ma nauczyć się sprawnie i pięknie posługiwać ojczystym językiem. Dodajmy do tego propozycję, zgłoszoną ponad osiemdziesiąt lat temu przez o. Jacka Woronieckiego. Ów uczony dominikanin uważał, że lekcja języka polskiego ma być nie tylko nauką – jak to się mówi: gramatyki i literatury. Przede wszystkim powinna stać się szkołą porządnego myślenia. Chodzi więc o uczenie języka jako nośnika kultury intelektualnej. Trzeba nam zatem – to na łamach „Naszego Dziennika” nie jest postulat nowy – wrócić do szkoły humanistyczno-klasycznej. Przypomnijmy, że szkoła taka opierała się na trzech zasadniczych filarach: 1) edukacji językowej (nauka języka ojczystego, języków klasycznych – greki i łaciny oraz nauka języków obcych), 2) edukacji literackiej (piśmienniczej i oratorskiej) i 3) edukacji historycznej oraz prawno-politycznej (historia, nauka o społeczeństwie, geografia, elementy prawa).

W rozwoju przyszłych pisarzy czy twórców szczególne znaczenie ma nauka języków klasycznych. Kontakt z łaciną i greką, a zwłaszcza z oryginalnymi tekstami wprowadza ucznia od razu w świat wielkiej literatury. Ktoś, kto chce pisać i tworzyć ma niejako pod ręką gotowe motywy, tematy i formy literackie, z których może korzystać w nieograniczony wręcz sposób. I są to zarazem wzorce najwyższej próby!

Zorganizujmy więc takie szkoły, a jak grzyby po deszczu pojawią się u nas współcześni Mickiewicze, Słowaccy, Krasińscy, Sienkiewicze czy Reymontowie. A wtedy o losy polszczyzny będziemy zupełnie spokojni…

Artykuł ukazał się w „Naszym Dzienniku” 15 maja 2010 roku.