|
Odpowiedź na pytanie postawione w tytule wydaje się bardzo prosta. Udzielił
jej ponad sto lat temu Cyprian Kamil Norwid. Całkiem niedawno zaś jego słowa
przypomnieli Polakom księża biskupi. Pięknie wybrzmiały one w liście pasterskim,
w którym mowę ojczystą uznano za: „bezcenne dobro każdego narodu”. „Nie tarcza –
mówi poeta – nie miecz bronią języka lecz arcydzieła”. Wystarczy więc, by
powstawały w Polsce wybitne dzieła literatury i sztuki, a obronimy jako naród
własną tożsamość i własny język. „Wystarczy”?! – od razu widać, że to łatwiej
powiedzieć niż wykonać! Przecież degradacja polskich obyczajów, zachowań, całej
sfery publicznej, polityki, edukacji i właśnie języka postępuje w tempie
zastraszającym! Warto więc może się zastanowić czy mamy jeszcze szansę odbić się
od dna. Trzeba też pomyśleć o możliwościach odbudowania polskiej kultury
literackiej – chodzi wszak, jeśli wierzyć Norwidowi, o obronę i ratunek dla
polskiego języka.
Artyzm na straży tożsamości
Jest niezmiernie ciekawe, jak szybko sentencja poety wypowiedziana w latach
60-tych XIX wieku miała wcielić się w życie. Otóż po powstaniu styczniowym
(1863-1864) sytuacja w Polsce była naprawdę dramatyczna. Chodzi nie tylko o
represje, konfiskaty majątków, wywózki na Sybir, które spadły na uczestników
walk. Nie idzie nawet o walkę z polskością, która prowadzona była systematycznie
zarówno przez Rosję jak i Prusy. Zresztą Polacy indywidualnie czy później nawet
społecznie bądź gospodarczo całkiem nieźle sobie radzili. Któż dziś pamięta
jeszcze o polskich inżynierach, architektach czy budowniczych znakomicie
pracujących nad rozwojem przemysłu i techniki? O tych, którzy nawet katorgę na
Syberii wykorzystywali do badania jej przyrody i zasobów naturalnych? O
wybitnych polskich geologach, podróżnikach czy przyrodnikach? Kto obecnie myśli
o krajowych społecznikach, twórcach spółek giełdowych, bankowcach,
spółdzielcach, wydawcach książek i prasy? Chodzi jednak nie o sytuację
jednostek, ale o pozycję naszych rodaków jako społeczeństwa i narodu. Tymczasem
właśnie sprawa – powiedzmy – „narodowa” Polaków przedstawiała się wtedy bardzo
źle. Na brak własnego państwa i rodzimych instytucji nałożyły się przekonania,
które mogły prowadzić do społecznej depresji i pesymizmu – czyli w konsekwencji
do kompletnego wynarodowienia. Chyba największe spustoszenie wywoływał
rozpowszechniony wśród pozytywistów darwinizm społeczny. Był to pogląd, że
podobnie jak u zwierząt, tak i wśród ludzkich narodów trwa brutalna walka o
istnienie. Polakom natomiast, po upadku powstania styczniowego, bardzo dobitnie
„udowodniono”, że są słabi, nie mają więc racji bytu, pozostają narodem bez
znaczenia. Pozytywiści ukazywali więc w swej twórczości obraz chorego
społeczeństwa, które należy podnieść na wyższy poziom ekonomiczny, cywilizacyjny
i kulturowy. Dopiero dzięki tego typu działalności – ich zdaniem – Polacy będą
mogli stanąć do rywalizacji-walki z innymi narodami.
Z podobnych założeń wyrastały poglądy ludzi, którzy dla rozwoju polskiego
pesymizmu zrobili chyba najwięcej. Byli to konserwatyści krakowscy, czyli tzw.
„stańczycy”. Przedstawiali oni bardzo negatywny obraz dziejów Polski, zwłaszcza
I Rzeczpospolitej. Popularyzowali tezę, że główną przyczyną jej upadku było
warcholstwo, prywata i „instynkt anarchiczny” Polaków. Można powiedzieć, że
„historyczna szkoła krakowska” w okresie swej działalności (czyli przez 50 lat!
– 1864-1914) przytłoczyła swym pesymizmem politycznym i charakterologicznym duży
odłam polskiego społeczeństwa. Stańczycy wytworzyli i szeroko spopularyzowali
nowy mit – chorego narodu, anarchicznego i bez politycznego rozumu.
Na upowszechnienie tego typu twierdzeń złożyło się szereg czynników. Nie
możemy zapominać, że u swoich źródeł poglądy te wpisały się jakoś w ogólne
nastroje społeczne – ukształtowane w czasie wielkiej narodowej „smuty” po upadku
powstania. Trzeba mieć też jednak na uwadze, że właśnie wtedy nastąpił niezwykle
dynamiczny rozwój prasy. Zmieniła ona mianowicie swój dotychczasowy charakter.
Gazety przestały być już wysyłane do nielicznej grupy abonentów, a zaczęto je
sprzedawać do prawdziwie masowego odbiorcy. Zarówno więc pozytywiści, jak i
stańczycy ze swymi poglądami trafiali od razu do bardzo szerokiej grupy
adresatów.
Na szczęście dla nas, czy raczej dla naszego poczucia własnej wartości
pojawiło się wówczas dwóch gigantów. Byli to niezwykle utalentowani artyści,
którzy swoją sugestywną, poruszającą i piękną twórczością zdobyli dusze i
wyobraźnie większości Polaków. Z jednaj strony był to mistrz pędzla, Jan
Matejko, z drugiej wirtuoz pióra, Henryk Sienkiewicz. W ich działalności,
zwłaszcza tego ostatniego spełniły się słowa Cypriana Kamila Norwida. Arcydzieła
twórcy Trylogii uratowały nasz język przed kompletnym rozpuszczeniem się
w pruskim ale też i rosyjskim kwasie. Sienkiewicz przynosił odczucie
historycznej wielkości polskiego narodu i polskiego państwa. Krzewił kult
rycerstwa i rycerskości w niezwykłej wprost skali. Rycerstwa opartego nie tylko
na walorach fizycznych, ale przede wszystkim duchowych i moralnych. Krzepił
ducha Polaków, pokazywał, że nigdy nie należy tracić nadziei. Budził żądzę
awantury, niezwykłej przygody, wyzwalał instynkt bohaterski i heroicznego ducha.
Uwydatniał w niesłychanie barwny, malarski i popularny sposób dziejową misję
Polski, kreśląc tym samym wizję przyszłego państwa.
Wspaniały kunszt Sienkiewicza potrafił docenić nawet jego zagorzały
przeciwnik i parodysta, Witold Gombrowicz. Tak pisał w swoim dzienniku o
sięganiu po Trylogię: „Czytam Sienkiewicza. Dręcząca lektura. Mówimy: dość
kiepskie, i czytamy dalej. Powiadamy: ależ to taniocha – i nie możemy się
oderwać. Wykrzykujemy: nieznośna opera i czytamy w dalszym ciągu urzeczeni. (…)
Trudno też w dziejach literatury o przykład podobnego oczarowania narodu,
bardziej magicznego wpływu na wyobraźnię mas. Sienkiewicz, ten magik, ten
uwodziciel, wsadził nam w głowy Kmicica wraz z Wołodyjowskim oraz Panem Hetmanem
Wielkim i zakorkował je” (cyt. za: S. Siewierski, Czytania Sienkiewicza,
„Przegląd Humanistyczny” nr 6 / 1996).
Mowa jak spiż dźwięczny
Wystarczy próbka jego wypowiedzi o polskiej mowie, aby zrozumieć, jaki
ładunek emocji i wzniosłości potrafił dawać Polakom Henryk Sienkiewicz:
„Opatrzność tworząc narody, hojnie osypała naszych praojców rozlicznymi darami.
Dała im obszerne i żyzne ziemie; dała im zarazem lwie i gołębie serca,
szlachetne dusze i bystre umysły, zdolne do najgórniejszych lotów. Ale nie był
to jeszcze kres darów. Można by mniemać, że Bóg, tworząc Polaków rzekł im: Oto
na domiar wszystkiego daję wam spiż dźwięczny, a niespożyty, taki z jakiego ludy
żyjące przed wami, stawiały posągi swym bohaterom: daję wam złoto błyszczące i
giętkie, a wy z tego tworzywa uczyńcie mowę waszą. I została ta mowa,
niespożyta, piękna i dźwięczna, że chyba tylko język dawnych Hellenów może się z
nią porównać. Powstali również z biegiem wieków liczni mistrze słowa, którzy ze
spiżu uczynili ramę harfy, a ze złota nawiązali na nią struny. A wówczas poczęła
śpiewać ta polska harfa i wyśpiewywać dawne życie. Czasem huczała jak grzmot w
górach; czasem unosiła się nad równinami; czasem w skowronkowych tonach
dźwięczała nad polami – błogosławiąca i błogosławiona, czysta jak łza, Boża jak
modlitwa – słodka jak miłość” (Mowa H. Sienkiewicza z okazji odsłonięcia pomnika
Juliusza Słowackiego w 1899 r. w Miłosławiu, cyt. za: Z. Gloger, Encyklopedia
staropolska, Warszawa 1985, t. III).
Jeśli dodać do tego, że Henryk Sienkiewicz był w tym czasie najbardziej
poczytnym polskim pisarzem, zaś Trylogia była zasadniczo pierwszą
książką, którą młodzież (inteligencka, rzemieślnicza, nawet chłopska)
pochłaniała z wypiekami na policzkach, to otrzymujemy skalę oddziaływania
Sienkiewicza na Polaków. Jedynie ten autor, przez swoje pisarstwo, był w stanie
odwrócić, przełamać w Polakach ten narodowy samokrytycyzm, który niemal na
trwałe został odciśnięty na naszej mentalności w XIX wieku.
Jeśli chodzi o stan ducha naszych rodaków, to mamy sytuację bardzo podobną do
tej z końca XIX wieku. Od szeregu lat, w wielu opiniotwórczych środkach przekazu
w Polsce, trwa prawdziwy spektakl samobiczowania. Jesteśmy podobno: narodem
warchołów, antysemitów oraz nieudaczników życiowych. „Słynna” jest też w świecie
nasza: „nietolerancja”, „zacofanie” czy „widowiskowa religijność”, „połączona”
oczywiście z pijaństwem i fanatyzmem. Zdumiewa np. mniej czy bardziej otwarta
pogarda wielu przedstawicieli polskich elit (zwłaszcza publicystów i niektórych
przywódców politycznych) dla „tego kraju”, w którym podobno nic się nie da
zrobić. Nic dziwnego więc, że Polacy stanowią wciąż najmniej zadowolony z siebie
naród ze wszystkich ludów Europy! Najwyraźniej czarny obraz polskości trafia u
nas zawsze na bardzo podatny grunt…
Wychować współczesnego Sienkiewicza
Jakże przydałby się w takim razie polskiej kulturze dzisiaj artysta na miarę
Sienkiewicza! Taki, który rozpaliłby serca i zdobył na nowo polską wyobraźnię.
Oczywiście obecnie w dobie mediów elektronicznych i Internetu słowo ma
zdecydowanie mniejszą siłę oddziaływania niż kilkadziesiąt lat temu. Atrakcyjne
dzieło medialne jednak – dobry reportaż, ciekawa audycja, pięknie zredagowana
strona internetowa także może przyciągać i poruszać odbiorców. Zwłaszcza jeśli
umiejętnie połączy się w tych „produkcjach” ich aspekt słowny i wizualny.
Co można jednak zrobić by przygotowywać czy w jakieś mierze wychowywać
przyszłych artystów? Na pewno trzeba zacząć od polskiego domu i polskiej szkoły.
Ciekawe, że w przypadku tej ostatniej słyszeliśmy już najrozmaitsze, nieraz
karkołomne deklaracje programowe. Niektórzy reformatorzy edukacji byli nawet w
stanie powiedzieć, że ich celem jest to, by absolwent określonego typu szkoły
potrafił składać zeznania podatkowe – „PIT-y”. Nikt jednak dotąd nie proponował,
że uczeń ma nauczyć się sprawnie i pięknie posługiwać ojczystym językiem.
Dodajmy do tego propozycję, zgłoszoną ponad osiemdziesiąt lat temu przez o.
Jacka Woronieckiego. Ów uczony dominikanin uważał, że lekcja języka polskiego ma
być nie tylko nauką – jak to się mówi: gramatyki i literatury. Przede wszystkim
powinna stać się szkołą porządnego myślenia. Chodzi więc o uczenie języka jako
nośnika kultury intelektualnej. Trzeba nam zatem – to na łamach „Naszego
Dziennika” nie jest postulat nowy – wrócić do szkoły humanistyczno-klasycznej.
Przypomnijmy, że szkoła taka opierała się na trzech zasadniczych filarach: 1)
edukacji językowej (nauka języka ojczystego, języków klasycznych – greki i
łaciny oraz nauka języków obcych), 2) edukacji literackiej (piśmienniczej i
oratorskiej) i 3) edukacji historycznej oraz prawno-politycznej (historia, nauka
o społeczeństwie, geografia, elementy prawa).
W rozwoju przyszłych pisarzy czy twórców szczególne znaczenie ma nauka
języków klasycznych. Kontakt z łaciną i greką, a zwłaszcza z oryginalnymi
tekstami wprowadza ucznia od razu w świat wielkiej literatury. Ktoś, kto chce
pisać i tworzyć ma niejako pod ręką gotowe motywy, tematy i formy literackie, z
których może korzystać w nieograniczony wręcz sposób. I są to zarazem wzorce
najwyższej próby!
Zorganizujmy więc takie szkoły, a jak grzyby po deszczu pojawią się u nas
współcześni Mickiewicze, Słowaccy, Krasińscy, Sienkiewicze czy Reymontowie. A
wtedy o losy polszczyzny będziemy zupełnie
spokojni…
Artykuł ukazał się w „Naszym Dzienniku” 15 maja 2010 roku.
|