|
Podpisanie przez Bronisława Komorowskiego nowelizacji ustawy IPN-owskiej
wprowadziło w zdumienie cały szereg środowisk patriotycznych w Polsce. Ogrom
zwykłych obywateli, a nawet większość konstytucjonalistów podkreślało, że
pełniący obowiązki prezydenta marszałek Sejmu powinien do czasu wyborów
podejmować tylko najbardziej konieczne decyzje, powstrzymując się od kroków
radykalnych. Jest to nade wszystko związane z wymiarem moralnym w sprawowaniu
urzędu, który objął nie na skutek decyzji wyborców, lecz na skutek smoleńskiej
tragedii. Na domiar wszystkiego prezydent Lech Kaczyński zostawił swoją wolę co
do nowelizacji ustawy o IPN, wyrażając pragnienie skierowania jej do Trybunału
Konstytucyjnego. Było to ze wszech miar zasadne, gdyż błędy konstytucyjne dawało
się wychwycić w prosty sposób. (Wystarczy wymienić niedookreślenie proceduralne
wyboru Rady IPN, wprowadzenie ograniczenia dostępności urzędów państwowych –
cenzus wykształcenia dla członków Rady, uzależnienie partyjne prezesa IPN itp.).
Poza względami merytorycznymi niezwykle ważkie są argumenty moralne.
Zrealizowane woli zmarłego prezydenta wpisywało się bowiem w powszechnie
deklarowane hasła o potrzebie odnowy moralnej polskiej polityki. Tymczasem miast
owej odnowy, mieliśmy do czynienia z zagarnianiem kolejnych stanowisk i ze
skrajnym upartyjnianiem życia publicznego w naszym kraju. Bronisław Komorowski
nie tylko podpisał kwestionowaną przez śp. Lecha Kaczyńskiego i śp. Janusza
Kurtykę ustawę. Bronisław Komorowski równolegle przeprowadził przez Sejm w
sposób błyskawiczny kolejną nowelizację, która daje marszałkowi Sejmu możliwość
wyznaczenia na okres przejściowy pełniącego obowiązki prezesa ze wszystkimi
uprawnieniami (wybór dokonany spośród wiceprezesów IPN). W ten sposób marszałek
oraz Platforma Obywatelska sami zaprzeczyli treści uzasadnienia umieszczonego
pod pierwszą nowelizacją ustawy IPN-owskiej, gdzie motywują zgłoszenie noweli
potrzebą „odpolitycznienia” Instytutu. I tak owo odpolitycznienie będzie polegać
na tym, że marszałek Sejmu będzie wyznaczał prezesa IPN przynajmniej na okres
pół roku (tyle bowiem czasu może zajmować wybór nowego prezesa pod rządami
podpisanej przez Komorowskiego ustawy). Rodzi się sugestia, aby nadać
marszałkowi uprawnienia wprost sprawowania przez niego urzędu prezesa IPN. Wtedy
dopiero mielibyśmy do czynienia z prawdziwym „odpolitycznieniem” Instytutu.
Podpisana przez marszałka Komorowskiego nowelizacja ustawy o IPN jest nie
tylko budzącym potężne zastrzeżenia konstytucyjne aktem prawnym, uderzającym w
samo serce Instytutu. Jest to również w poważnej mierze najnormalniejszy w
świecie bubel prawny, szczególnie niepraktyczny w obecnych warunkach. Ledwie
bowiem Komorowski podpisał ustawę, natychmiast musiał ją nowelizować poprzez
nadanie sobie kompetencji mianowania p.o. prezesa IPN. W przeciwnym razie
nastąpiłby całkowity paraliż instytucji, która przez wiele miesięcy nie mogłaby
normalnie funkcjonować. Ów wielomiesięczny paraliż wynika zaś ze skomplikowanych
procedur wyłaniania Rady Instytutu, które to procedury wchodzą w życie na skutek
nieszczęsnego podpisu Komorowskiego. Stara ustawa doskonale radziła sobie z
trudną sytuacją zaistniałą po katastrofie smoleńskiej poprzez szybki konkurs i
wybór prezesa (taką decyzję podjęło Kolegium IPN). Okazuje się, że na tym
nowelizacje podpisanej ustawy się nie skończą. Aby ustawa mogła wejść w życie za
kilka tygodni, trzeba będzie głosować kolejną poprawkę. Niemożliwy do
zrealizowania jest bowiem zapis, że pierwsze posiedzenie Rady Instytutu zwołuje
prezes. Prezes zginął w wypadku samolotowym, nie będzie zatem mógł zwołać Rady.
Ile jeszcze trzeba będzie głosować poprawek do świeżo podpisanej ustawy trudno
dziś przewidzieć. Nie ulega wszakże wątpliwości, że Bronisław Komorowski wbrew
woli tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego podpisał wątpliwą
konstytucyjnie ustawę będącą realnym bublem prawnym. A wystarczyło tylko
zawetować tę ustawę, bądź skierować ją do Trybunału Konstytucyjnego i na bazie
starej ustawy zostałby szybko przeprowadzony konkurs na prezesa IPN. Konkurs, a
nie mianowanie przez marszałka Sejmu p.o. prezesa. Ów konkurs ogłoszony przez
Kolegium IPN został uznany przez Platformę Obywatelską za działanie zbyt
pospieszne, agresywne i polityczne. Nadanie marszałkowi prerogatyw wyznaczenia
następcy prezesa Kurtyki, jest jak najbardziej „apolityczne” i podyktowane
„dobrem Instytutu”.
Namacalnie widać, że prawda jest całkiem inna. Przypomnijmy sobie, dlaczego
przed kilku miesiącami Platforma zgłosiła do Sejmu projekt nowelizacji ustawy o
IPN. Stało się tak dlatego, że nie spodobała się partii rządzącej jedna książka
dotycząca Lecha Wałęsy wydana przez Instytut. Później innej partii nie spodobały
się publikacje o generale Wojciechu Jaruzelskim czy Aleksandrze Kwaśniewskim. I
tak z powodu publikacji naukowych zmienia się ustawę. Nie ulega zatem
wątpliwości, że taki sposób reagowania jest jednoznacznym uderzeniem w wolność
badań naukowych. Nie należy ukrywać, że bez wolności nauki nie ma po prostu
wolności słowa. Dodajmy do tego okoliczności podpisania nowelizacji ustawy
IPN-owskiej przez Bronisława Komorowskiego i będziemy mieli pełen obraz, jak w
skrajny sposób następuje upartyjnienie Instytutu, co więcej upartyjnienie badań
naukowych w Polsce. Doskonale zauważyli to naukowcy, którzy w wielkiej liczbie
apelowali do marszałka Komorowskiego o odrzucenie szkodliwej noweli. Tymczasem
miast odrzucenia ustawy, mamy kolejną nowelę zwiększającą kontrolę partii nad
Instytutem. Wszystko to napawa wielu obserwatorów poważnym smutkiem. Nadzieje na
moralną odnowę polskiego życia politycznego po smoleńskiej katastrofie pękły
niby bańka mydlana w tempie wręcz błyskawicznym.
W dyskusji w lokalnym radiu z działaczem lubelskich, wojewódzkich struktur
SLD usłyszałem zdanie, że lewica popiera decyzję marszałka Komorowskiego w
sprawie podpisu pod nowelizacją ustawy IPN-owskiej, gdyż jest to bardzo realny
krok w kierunku ostatecznej likwidacji Instytutu. Trudno nie przyznać racji temu
twierdzeniu. Rządzącej partii chodzi bowiem na początek o paraliż tej szkodliwej
z ich punktu widzenia instytucji, później dokonanie czystki personalnej,
wreszcie podporządkowanie IPN tzw. „poprawności politycznej” definiowanej na
salonach historycznych organizowanych przez „Gazetę Wyborczą”, a w końcu po
prostu o likwidację tej instytucji. Należy się spodziewać, że już w niedługim
czasie jedynie uprawnione będą publikacje historyczne w stylu odpowiedzi na
pytanie, dlaczego stan wojenny był polityczną koniecznością i na czym polegała
wielkość historycznego kompromisu między Lechem Wałęsą i Wojciechem Jaruzelskim.
Historycy „niepoprawni politycznie” zostaną zaś wyrzuceni poza margines.
Oprócz refleksji merytorycznej na temat niezwykle kontrowersyjnej decyzji
Bronisława Komorowskiego w kwestii podpisania noweli ustawy IPN-owskiej, pojawia
się cały szereg pytań natury politycznej. Jaka kalkulacja przyświeca Platformie
Obywatelskiej walczącej dziś o najwyższy urząd w kraju? Czy tak wyzywające
zachowanie kandydata na prezydenta przyniesie spodziewany efekt wyborczy? Każdy
odpowie, że jest to działanie przynajmniej nierozsądne. Sama wypowiedź
Bronisława Komorowskiego, który zakomunikował społeczeństwu, że gdyby Lech
Kaczyński chciał skierować ową ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, to by to
uczynił, była wręcz oburzająca. Prezydent otrzymał na biurko tę ustawę dosłownie
na kilka godzin przed smoleńską katastrofą. Jak więc mógł ją gdziekolwiek
skierować? Niektórzy odczytywali te słowa Komorowskiego jako próbę sprowokowania
Jarosława Kaczyńskiego do ataku, tak by można było zakomunikować światu, że PiS
znowu jest agresywne. Agresywne PiS, to powrót do PR-owskiej polityki Platformy
sprzed kilku tygodni (polityka straszenia obywateli widmem IV RP). Jeśli taki
był cel Bronisława Komorowskiego, to należy stwierdzić, że prowokacja ta okazała
się po prostu nieskuteczna.
Tymczasem kandydat Komorowski spotęgował liczbę ukłonów w kierunku elektoratu
lewicowego. Takim niewątpliwym ukłonem była zapowiedź zabrania na pokład
rządowego samolotu generała Jaruzelskiego, zaproszonego przez Kreml na majowe
obchody rocznicy zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami. Wspólny lot
Komorowskiego z Jaruzelskim, ogłoszony niemal równolegle z podpisem pod ustawą
antyipeenowską to z pewnością nie jest zbieg okoliczności. Platforma w ten
sposób jednoznacznie adresuje swoją ofertę do elektoratu SLD. Oczywiście jest tu
pewien brak logiki, gdyż elektorat Grzegorza Napieralskiego i tak w drugiej
turze wyborów prezydenckich zagłosowałby na Komorowskiego. Wygląda więc na to,
że manewr jest obliczony już na pierwszą turę, tak, aby pogrążyć lewicę i na
stałe przejąć jej elektorat już na przyszłoroczne wybory parlamentarne. „Zaorać
SLD” i dążyć konsekwentnie do dwubiegunowego układu na polskiej scenie
politycznej – oto przypuszczalny scenariusz działań związanych z kandydaturą
Bronisława Komorowskiego. Jednakże z punktu widzenia wyborów prezydenckich
działania te są samobójcze. Pozyskując bowiem elektorat lewicowy traci
Komorowski bardzo cenny elektorat centrowy, oczekujący umiaru w sprawowaniu
przez niego urzędu prezydenckiego (szczególnie w okresie przejściowym po
tragedii smoleńskiej). Jaki ma sens tak agresywna polityka? Odpowiedzi na to
pytanie może być kilka. Najbardziej prozaiczna to pycha, naiwna wiara w sondaże
i w potęgę własnej partii. Takie zadufanie kończy się często klęską. Boleśnie
doświadczył tego Donald Tusk przed pięciu laty, kiedy pomimo korzystnych dla
siebie sondaży przegrał wybory z Lechem Kaczyńskim. W tej sytuacji można
oczekiwać, że analitycy z PO biorą pod uwagę możliwość porażki. Jeśli tak, to
możliwy jest inny scenariusz. Do działań radykalnych może Komorowskiego popychać
sam premier Tusk. Wielu twierdzi, że został on przed kilku miesiącami niejako
zmuszony do rezygnacji z kandydowania na urząd prezydenta przez środowiska
pozornie usytuowane na drugiej linii sceny, ale środowiska realnie sterujące
polityką polską. Zmuszony do rezygnacji premier wcale nie musi chcieć zwycięstwa
Komorowskiego. Prezydent Komorowski zdetronizowałby szybko Tuska w roli
niekwestionowanego lidera w obozie PO. Po drugie – sprawowanie rządów, gdy ma
się „swojego” prezydenta, jest wbrew pozorom bardzo trudne. Wszelkie potknięcia
rządu nie da się już usprawiedliwić twierdzeniem, że to wina prezydenta, który
wszystko wetuje. Prezydent z PO dałby jasny komunikat społeczeństwu: pełnię
władzy w kraju posiada Platforma; mając pełnię władzy, odpowiada za wszystko.
Taki stan rzeczy na ponad rok przed wyborami parlamentarnymi mógłby pogrążyć
rząd Tuska. Jarosław Kaczyński jako prezydent to znowuż strumień argumentów na
uzasadnienie braku skuteczności obecnej ekipy rządowej, to niejako niezbędne
alibi na pogłębiającą się nieudolność. Wydaje się to być poważny powód dla
Donalda Tuska, dla którego Komorowski powinien wybory przegrać. Przejęcie zaś
elektoratu SLD przez Platformę (osiągane poprzez głębokie ukłony w lewą stronę
wykonywane dziś przez Komorowskiego) daje potężny kapitał na przyszłoroczne
wybory parlamentarne, w sposób jednoznaczny czyszcząc lewicową konkurencję na
scenie parlamentarnej. Komorowski zdobywający elektorat lewicowy na wybory
parlamentarne i Komorowski osłabiający swoją pozycję w czerwcowych wyborach
prezydenckich – oto gra, którą może zakulisowo aranżować Donald Tusk.
Podsumowując powyższe rozważania można snuć przypuszczenia, że z pozoru
nierozsądne działania Platformy przed wyborami prezydenckimi mogą być logiczne,
jeśli przyjmiemy jako założenie rozbieżność interesów Bronisława Komorowskiego i
Donalda Tuska. Dodać należy, że tak prowadzona gra przynosi mimo wszystko
państwu polskiemu duże szkody, czego namacalnym dowodem jest nowelizacja ustawy
o IPN.
Mieczysław Ryba, Lublin 2010-05-04
Artykuł ukazał się w „Naszym Dzienniku” 10 maja 2010 roku
pod tytułem „Walka o prezydenturę z IPN w tle”.
|