Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Jan Paweł II
i o. Krąpiec

Galeria foto
Multimedia
Mirosław Król
Ks. Piotr Skarga
Spróbuj pomyśleć (Radio Maryja)
Ks. Piotr Skarga
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
prof. Mieczysław Ryba 2010-05-04

De-IPN-izacja kraju i walka o prezydenturę w Polsce

Podpisanie przez Bronisława Komorowskiego nowelizacji ustawy IPN-owskiej wprowadziło w zdumienie cały szereg środowisk patriotycznych w Polsce. Ogrom zwykłych obywateli, a nawet większość konstytucjonalistów podkreślało, że pełniący obowiązki prezydenta marszałek Sejmu powinien do czasu wyborów podejmować tylko najbardziej konieczne decyzje, powstrzymując się od kroków radykalnych. Jest to nade wszystko związane z wymiarem moralnym w sprawowaniu urzędu, który objął nie na skutek decyzji wyborców, lecz na skutek smoleńskiej tragedii. Na domiar wszystkiego prezydent Lech Kaczyński zostawił swoją wolę co do nowelizacji ustawy o IPN, wyrażając pragnienie skierowania jej do Trybunału Konstytucyjnego. Było to ze wszech miar zasadne, gdyż błędy konstytucyjne dawało się wychwycić w prosty sposób. (Wystarczy wymienić niedookreślenie proceduralne wyboru Rady IPN, wprowadzenie ograniczenia dostępności urzędów państwowych – cenzus wykształcenia dla członków Rady, uzależnienie partyjne prezesa IPN itp.). Poza względami merytorycznymi niezwykle ważkie są argumenty moralne. Zrealizowane woli zmarłego prezydenta wpisywało się bowiem w powszechnie deklarowane hasła o potrzebie odnowy moralnej polskiej polityki. Tymczasem miast owej odnowy, mieliśmy do czynienia z zagarnianiem kolejnych stanowisk i ze skrajnym upartyjnianiem życia publicznego w naszym kraju. Bronisław Komorowski nie tylko podpisał kwestionowaną przez śp. Lecha Kaczyńskiego i śp. Janusza Kurtykę ustawę. Bronisław Komorowski równolegle przeprowadził przez Sejm w sposób błyskawiczny kolejną nowelizację, która daje marszałkowi Sejmu możliwość wyznaczenia na okres przejściowy pełniącego obowiązki prezesa ze wszystkimi uprawnieniami (wybór dokonany spośród wiceprezesów IPN). W ten sposób marszałek oraz Platforma Obywatelska sami zaprzeczyli treści uzasadnienia umieszczonego pod pierwszą nowelizacją ustawy IPN-owskiej, gdzie motywują zgłoszenie noweli potrzebą „odpolitycznienia” Instytutu. I tak owo odpolitycznienie będzie polegać na tym, że marszałek Sejmu będzie wyznaczał prezesa IPN przynajmniej na okres pół roku (tyle bowiem czasu może zajmować wybór nowego prezesa pod rządami podpisanej przez Komorowskiego ustawy). Rodzi się sugestia, aby nadać marszałkowi uprawnienia wprost sprawowania przez niego urzędu prezesa IPN. Wtedy dopiero mielibyśmy do czynienia z prawdziwym „odpolitycznieniem” Instytutu.

Podpisana przez marszałka Komorowskiego nowelizacja ustawy o IPN jest nie tylko budzącym potężne zastrzeżenia konstytucyjne aktem prawnym, uderzającym w samo serce Instytutu. Jest to również w poważnej mierze najnormalniejszy w świecie bubel prawny, szczególnie niepraktyczny w obecnych warunkach. Ledwie bowiem Komorowski podpisał ustawę, natychmiast musiał ją nowelizować poprzez nadanie sobie kompetencji mianowania p.o. prezesa IPN. W przeciwnym razie nastąpiłby całkowity paraliż instytucji, która przez wiele miesięcy nie mogłaby normalnie funkcjonować. Ów wielomiesięczny paraliż wynika zaś ze skomplikowanych procedur wyłaniania Rady Instytutu, które to procedury wchodzą w życie na skutek nieszczęsnego podpisu Komorowskiego. Stara ustawa doskonale radziła sobie z trudną sytuacją zaistniałą po katastrofie smoleńskiej poprzez szybki konkurs i wybór prezesa (taką decyzję podjęło Kolegium IPN). Okazuje się, że na tym nowelizacje podpisanej ustawy się nie skończą. Aby ustawa mogła wejść w życie za kilka tygodni, trzeba będzie głosować kolejną poprawkę. Niemożliwy do zrealizowania jest bowiem zapis, że pierwsze posiedzenie Rady Instytutu zwołuje prezes. Prezes zginął w wypadku samolotowym, nie będzie zatem mógł zwołać Rady. Ile jeszcze trzeba będzie głosować poprawek do świeżo podpisanej ustawy trudno dziś przewidzieć. Nie ulega wszakże wątpliwości, że Bronisław Komorowski wbrew woli tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego podpisał wątpliwą konstytucyjnie ustawę będącą realnym bublem prawnym. A wystarczyło tylko zawetować tę ustawę, bądź skierować ją do Trybunału Konstytucyjnego i na bazie starej ustawy zostałby szybko przeprowadzony konkurs na prezesa IPN. Konkurs, a nie mianowanie przez marszałka Sejmu p.o. prezesa. Ów konkurs ogłoszony przez Kolegium IPN został uznany przez Platformę Obywatelską za działanie zbyt pospieszne, agresywne i polityczne. Nadanie marszałkowi prerogatyw wyznaczenia następcy prezesa Kurtyki, jest jak najbardziej „apolityczne” i podyktowane „dobrem Instytutu”.

Namacalnie widać, że prawda jest całkiem inna. Przypomnijmy sobie, dlaczego przed kilku miesiącami Platforma zgłosiła do Sejmu projekt nowelizacji ustawy o IPN. Stało się tak dlatego, że nie spodobała się partii rządzącej jedna książka dotycząca Lecha Wałęsy wydana przez Instytut. Później innej partii nie spodobały się publikacje o generale Wojciechu Jaruzelskim czy Aleksandrze Kwaśniewskim. I tak z powodu publikacji naukowych zmienia się ustawę. Nie ulega zatem wątpliwości, że taki sposób reagowania jest jednoznacznym uderzeniem w wolność badań naukowych. Nie należy ukrywać, że bez wolności nauki nie ma po prostu wolności słowa. Dodajmy do tego okoliczności podpisania nowelizacji ustawy IPN-owskiej przez Bronisława Komorowskiego i będziemy mieli pełen obraz, jak w skrajny sposób następuje upartyjnienie Instytutu, co więcej upartyjnienie badań naukowych w Polsce. Doskonale zauważyli to naukowcy, którzy w wielkiej liczbie apelowali do marszałka Komorowskiego o odrzucenie szkodliwej noweli. Tymczasem miast odrzucenia ustawy, mamy kolejną nowelę zwiększającą kontrolę partii nad Instytutem. Wszystko to napawa wielu obserwatorów poważnym smutkiem. Nadzieje na moralną odnowę polskiego życia politycznego po smoleńskiej katastrofie pękły niby bańka mydlana w tempie wręcz błyskawicznym.

W dyskusji w lokalnym radiu z działaczem lubelskich, wojewódzkich struktur SLD usłyszałem zdanie, że lewica popiera decyzję marszałka Komorowskiego w sprawie podpisu pod nowelizacją ustawy IPN-owskiej, gdyż jest to bardzo realny krok w kierunku ostatecznej likwidacji Instytutu. Trudno nie przyznać racji temu twierdzeniu. Rządzącej partii chodzi bowiem na początek o paraliż tej szkodliwej z ich punktu widzenia instytucji, później dokonanie czystki personalnej, wreszcie podporządkowanie IPN tzw. „poprawności politycznej” definiowanej na salonach historycznych organizowanych przez „Gazetę Wyborczą”, a w końcu po prostu o likwidację tej instytucji. Należy się spodziewać, że już w niedługim czasie jedynie uprawnione będą publikacje historyczne w stylu odpowiedzi na pytanie, dlaczego stan wojenny był polityczną koniecznością i na czym polegała wielkość historycznego kompromisu między Lechem Wałęsą i Wojciechem Jaruzelskim. Historycy „niepoprawni politycznie” zostaną zaś wyrzuceni poza margines.

Oprócz refleksji merytorycznej na temat niezwykle kontrowersyjnej decyzji Bronisława Komorowskiego w kwestii podpisania noweli ustawy IPN-owskiej, pojawia się cały szereg pytań natury politycznej. Jaka kalkulacja przyświeca Platformie Obywatelskiej walczącej dziś o najwyższy urząd w kraju? Czy tak wyzywające zachowanie kandydata na prezydenta przyniesie spodziewany efekt wyborczy? Każdy odpowie, że jest to działanie przynajmniej nierozsądne. Sama wypowiedź Bronisława Komorowskiego, który zakomunikował społeczeństwu, że gdyby Lech Kaczyński chciał skierować ową ustawę do Trybunału Konstytucyjnego, to by to uczynił, była wręcz oburzająca. Prezydent otrzymał na biurko tę ustawę dosłownie na kilka godzin przed smoleńską katastrofą. Jak więc mógł ją gdziekolwiek skierować? Niektórzy odczytywali te słowa Komorowskiego jako próbę sprowokowania Jarosława Kaczyńskiego do ataku, tak by można było zakomunikować światu, że PiS znowu jest agresywne. Agresywne PiS, to powrót do PR-owskiej polityki Platformy sprzed kilku tygodni (polityka straszenia obywateli widmem IV RP). Jeśli taki był cel Bronisława Komorowskiego, to należy stwierdzić, że prowokacja ta okazała się po prostu nieskuteczna.

Tymczasem kandydat Komorowski spotęgował liczbę ukłonów w kierunku elektoratu lewicowego. Takim niewątpliwym ukłonem była zapowiedź zabrania na pokład rządowego samolotu generała Jaruzelskiego, zaproszonego przez Kreml na majowe obchody rocznicy zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami. Wspólny lot Komorowskiego z Jaruzelskim, ogłoszony niemal równolegle z podpisem pod ustawą antyipeenowską to z pewnością nie jest zbieg okoliczności. Platforma w ten sposób jednoznacznie adresuje swoją ofertę do elektoratu SLD. Oczywiście jest tu pewien brak logiki, gdyż elektorat Grzegorza Napieralskiego i tak w drugiej turze wyborów prezydenckich zagłosowałby na Komorowskiego. Wygląda więc na to, że manewr jest obliczony już na pierwszą turę, tak, aby pogrążyć lewicę i na stałe przejąć jej elektorat już na przyszłoroczne wybory parlamentarne. „Zaorać SLD” i dążyć konsekwentnie do dwubiegunowego układu na polskiej scenie politycznej – oto przypuszczalny scenariusz działań związanych z kandydaturą Bronisława Komorowskiego. Jednakże z punktu widzenia wyborów prezydenckich działania te są samobójcze. Pozyskując bowiem elektorat lewicowy traci Komorowski bardzo cenny elektorat centrowy, oczekujący umiaru w sprawowaniu przez niego urzędu prezydenckiego (szczególnie w okresie przejściowym po tragedii smoleńskiej). Jaki ma sens tak agresywna polityka? Odpowiedzi na to pytanie może być kilka. Najbardziej prozaiczna to pycha, naiwna wiara w sondaże i w potęgę własnej partii. Takie zadufanie kończy się często klęską. Boleśnie doświadczył tego Donald Tusk przed pięciu laty, kiedy pomimo korzystnych dla siebie sondaży przegrał wybory z Lechem Kaczyńskim. W tej sytuacji można oczekiwać, że analitycy z PO biorą pod uwagę możliwość porażki. Jeśli tak, to możliwy jest inny scenariusz. Do działań radykalnych może Komorowskiego popychać sam premier Tusk. Wielu twierdzi, że został on przed kilku miesiącami niejako zmuszony do rezygnacji z kandydowania na urząd prezydenta przez środowiska pozornie usytuowane na drugiej linii sceny, ale środowiska realnie sterujące polityką polską. Zmuszony do rezygnacji premier wcale nie musi chcieć zwycięstwa Komorowskiego. Prezydent Komorowski zdetronizowałby szybko Tuska w roli niekwestionowanego lidera w obozie PO. Po drugie – sprawowanie rządów, gdy ma się „swojego” prezydenta, jest wbrew pozorom bardzo trudne. Wszelkie potknięcia rządu nie da się już usprawiedliwić twierdzeniem, że to wina prezydenta, który wszystko wetuje. Prezydent z PO dałby jasny komunikat społeczeństwu: pełnię władzy w kraju posiada Platforma; mając pełnię władzy, odpowiada za wszystko. Taki stan rzeczy na ponad rok przed wyborami parlamentarnymi mógłby pogrążyć rząd Tuska. Jarosław Kaczyński jako prezydent to znowuż strumień argumentów na uzasadnienie braku skuteczności obecnej ekipy rządowej, to niejako niezbędne alibi na pogłębiającą się nieudolność. Wydaje się to być poważny powód dla Donalda Tuska, dla którego Komorowski powinien wybory przegrać. Przejęcie zaś elektoratu SLD przez Platformę (osiągane poprzez głębokie ukłony w lewą stronę wykonywane dziś przez Komorowskiego) daje potężny kapitał na przyszłoroczne wybory parlamentarne, w sposób jednoznaczny czyszcząc lewicową konkurencję na scenie parlamentarnej. Komorowski zdobywający elektorat lewicowy na wybory parlamentarne i Komorowski osłabiający swoją pozycję w czerwcowych wyborach prezydenckich – oto gra, którą może zakulisowo aranżować Donald Tusk.

Podsumowując powyższe rozważania można snuć przypuszczenia, że z pozoru nierozsądne działania Platformy przed wyborami prezydenckimi mogą być logiczne, jeśli przyjmiemy jako założenie rozbieżność interesów Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska. Dodać należy, że tak prowadzona gra przynosi mimo wszystko państwu polskiemu duże szkody, czego namacalnym dowodem jest nowelizacja ustawy o IPN.

Mieczysław Ryba, Lublin 2010-05-04
Artykuł ukazał się w „Naszym Dzienniku” 10 maja 2010 roku
pod tytułem „Walka o prezydenturę z IPN w tle”.