Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Jan Paweł II
i o. Krąpiec

Galeria foto
Multimedia
Mirosław Król
Ks. Piotr Skarga
Spróbuj pomyśleć (Radio Maryja)
Ks. Piotr Skarga
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
prof. Mieczysław Ryba 2010-07-06

System dwupartyjny zbankrutował

Zwycięstwo Bronisława Komorowskiego może doprowadzić do bankructwa kolejnego chwytu PR-owskiego Platformy Obywatelskiej, a mianowicie twierdzenia, że reformy w Polsce się nie udają, bo rządowi przeszkadza prezydent. Prezydent z PO przeszkadzać nie będzie, zatem przez ponad rok Donald Tusk będzie oceniany przez wyborców w sposób niezwykle surowy. Macie pełnię władzy – pokażcie, co potraficie. Można oczekiwać, iż taki scenariusz może wzmocnić zarówno PiS, jak i SLD.

Po blisko trzech latach zatoczyliśmy pewne koło polityczne. Jesienią 2007 r. parlament został rozwiązany na skutek konfliktu w koalicji rządzącej, w której dominującym ugrupowaniem było Prawo i Sprawiedliwość. Po stronie PiS pojawiło się pragnienie przejęcia elektoratu Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony, manewr ten się udał, jednakże jego koszty były ogromne. W wyniku tych działań PiS straciło wielu wyborców z tzw. centrum, którzy przenieśli swoje sympatie na Platformę Obywatelską. Wykorzystując poparcie mediów, Platforma przez następne lata skutecznie straszyła PiS-em wyborców. Udawało się to aż do katastrofy smoleńskiej 10 kwietnia 2010 roku. Narodowa tragedia załamała strategię wyborczą PO. To bardziej politycy Platformy niż Jarosław Kaczyński stawali się agresywni. Wyłagodzeniu wizerunku PiS służyć miały również nowe twarze w otoczeniu kandydata tej partii, w szczególności posłanka Joanna Kluzik-Rostkowska. Szefowa kampanii Jarosława Kaczyńskiego miała gwarantować bardziej lewicowe odniesienia kandydata PiS. Szczególnie mocno były eksponowane jej poglądy z dziedziny polityki społecznej, życia moralnego, dodajmy, zapatrywania mocno odbiegające od stanowiska środowisk konserwatywnych czy katolickich. Ukłony w kierunku lewicowego elektoratu pogłębiły się po względnie dużym sukcesie Grzegorza Napieralskiego, który osiągnął niezły – jak na kandydata lewicy – wynik wyborczy. Nazwanie przez Jarosława Kaczyńskiego Edwarda Gierka patriotą aż nadto dobitnie świadczyło, jaki elektorat chciał pozyskać prezes PiS w drugiej turze wyborów prezydenckich.

Zabiegi o elektorat

Można powiedzieć, że kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego nie miała charakteru przebojowego. Sztabowcy PO szykowali się na ustawienie całej gry wyborczej w paradygmacie „obrony kraju przed rządami Kaczyńskiego”. Katastrofa smoleńska, a także odmienny sposób prowadzenia kampanii wyborczej przez sztab kandydata PiS zburzyły skuteczność tego typu strategii. Można śmiało powiedzieć, że Komorowski w tych zmaganiach był słabszy. Nie chodzi tutaj tylko o rozliczne gafy, ale również o zasadniczą klęskę, jaką poniósł, a mianowicie stracił mnóstwo głosów w pierwszej turze na rzecz Grzegorza Napieralskiego. Platformie chodziło nade wszystko o przejęcie elektoratu lewicowego już w pierwszej turze. Stąd radykalne decyzje PO tuż przed wyborami, a mianowicie podpisanie noweli ustawy o IPN, wprowadzenie ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, mianowanie Marka Belki prezesem Narodowego Banku Polskiego, rozwiązanie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji itp. Chodziło o to, aby całkowicie zadowolić elektorat i aparat lewicowy i wytworzyć przekonanie, że Bronisław Komorowski jest najlepszym gwarantem interesów lewicy w Polsce. Tymczasem wyniki pierwszej tury obnażyły fiasko tego typu poczynań.

Dodatkowym problemem dla Komorowskiego był brak większego zaangażowania w kampanię wielu jego partyjnych kolegów. Wydaje się, że szereg osób w PO zdało sobie sprawę, iż zwycięstwo ich kandydata może doprowadzić do bankructwa kolejnego chwytu PR-owskiego, a mianowicie twierdzenia, że reformy w Polsce się nie udają, bo Platformie przeszkadza prezydent. Prezydent z PO przeszkadzać nie będzie, zatem przez ponad rok Donald Tusk będzie oceniany przez wyborców w sposób niezwykle surowy. Macie pełnię władzy – pokażcie, co potraficie. Można oczekiwać, że taki scenariusz może wzmocnić zarówno PiS, jak i SLD. Pamiętajmy, iż wyborców o poglądach liberalnych w Polsce mamy najwyżej dziesięć procent, wszystko inne to są marketingowe sukcesy specjalistów od inżynierii społecznej.

System dwupartyjny do lamusa

Niewątpliwie należy podkreślić, że wielkim wygranym wyborów jest SLD. Po pierwsze, postkomuniści w końcu po kilku latach wewnętrznych konfliktów znaleźli w swoich szeregach jednoznacznego lidera, który sprawdził się w walce wyborczej. Po drugie, jego wynik daje im szansę na przesunięcie sceny politycznej na lewo. Pierwsze symptomy tego stanu rzeczy były już widoczne podczas debat przed drugą turą wyborczą. Pojawienie się SLD jako ewentualnego koalicjanta po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych oznacza bezwzględne wprowadzenie tematów lewicowych oraz postkomunistów na najwyższe stanowiska w kraju. Patrząc z tej perspektywy, musimy stwierdzić, że dla Platformy jest to sytuacja niewygodna, gdyż SLD z pewnością byłby koalicjantem o wiele bardziej wymagającym niż PSL. Jednakże sytuacja jest również skomplikowana dla PiS. Trudno sobie bowiem wyobrazić koalicję tego ugrupowania z SLD. Jest to trudne do przyjęcia nie tyle dla polityków (wszak posłanka Kluzik-Rostkowska wspominała, że koalicja PiS - SLD jest dla niej zupełnie do wyobrażenia i do zaakceptowania), co dla wyborców nieakceptujących koalicji partii prawicowej z postkomunistami. Po prostu Prawo i Sprawiedliwość, osiągając w przyszłorocznych wyborach nawet dobry wynik wyborczy, może nie dojść do władzy z powodu braku koalicjanta. I tu pokutuje po raz kolejny wielki błąd likwidowania przed trzema laty partii położonych na prawo od PiS, które mogłyby ustawiać wizerunkowo Prawo i Sprawiedliwość jako partię centrową, a z drugiej strony poszerzałyby spektrum możliwych centroprawicowych koalicji. O tym, że społeczeństwo coraz bardziej dostrzega tego typu problem, świadczy chociażby względnie dobry wynik wyborczy Janusza Korwin-Mikkego, który w połączeniu z wynikiem Marka Jurka daje pewną perspektywę na przyszłoroczne wybory parlamentarne.

Wynik Waldemara Pawlaka jest na tyle słaby, że PSL musi walczyć o przetrwanie na scenie parlamentarnej. Szansą na poprawienie notowań tej partii będą jesienne wybory samorządowe, w których ludowcy zwykle dostają duże poparcie. Dla Donalda Tuska – wobec dobrego wyniku SLD – likwidacja PSL może być nie na rękę. Dwubiegunowy układ partyjny byłby dla PO korzystny, natomiast jeśli ten układ będzie trzybiegunowy, z silną pozycją SLD, to łatwiejszym partnerem koalicyjnym dla partii Tuska będzie PSL (układ czterobiegunowy). Można zatem przypuszczać, że jednym z ubocznych efektów tegorocznych wyborów prezydenckich jest bankructwo koncepcji stworzenia dwupartyjnego systemu politycznego w Polsce. System taki byłby wprawdzie korzystny dla PiS i PO, ale jest raczej nieakceptowany przez społeczeństwo. Wielkie manipulacje polską sceną parlamentarną, podszyte siłą pieniędzy uzyskiwanych z dotacji partyjnych, kompromitują się.

Kto rozliczy Komorowskiego

Tegoroczna kampania wyborcza świadczy o jeszcze jednym niezwykle ważnym zjawisku. Chodzi o wszechwładzę medialnego marketingu, gdzie ważniejszą kwestią, niż to, co dany polityk rzeczywiście prezentuje, jest jego wizerunek. We wszelkich debatach nie podnoszono fundamentalnych kwestii związanych z polską polityką zagraniczną (dodajmy – polityka ta w dużym stopniu należy do kompetencji głowy państwa), a podejmowano kwestie nieraz drugorzędne. Unia Europejska stoi dziś w obliczu wielkiej dyskusji o przyszłości, o tworzeniu rządu gospodarczego w UE. Niemieckie projekty dotyczące zaostrzenia kontroli nad budżetami poszczególnych państw członkowskich to nic innego jak kolejna redukcja suwerenności gospodarczej państw członkowskich UE. Czy politycy polscy godzą się na to, że np. budżet polskiego państwa, zanim trafi do polskiego parlamentu, będzie oceniany przez Brukselę? Czy bliżej jest nam w tej kwestii do Berlina czy do Londynu? Na takie pytania odpowiedzi nie usłyszeliśmy, bo telewizyjna maszynka PR-owska woli podnosić tzw. tematy wizerunkowe.

Widzimy zatem, że obecne wybory prezydenckie nie rozstrzygnęły najważniejszych batalii politycznych w Polsce. SLD jest w ofensywie, mimo zabiegów Platformy o realną likwidację tej partii (przypomnijmy chociażby poparcie, jakiego udzielił Komorowskiemu Włodzimierz Cimoszewicz jeszcze przed pierwszą turą wyborów). Platforma będzie najprawdopodobniej coraz bardziej okrążana z lewa i z prawa, gdyż ofensywie SLD towarzyszyć będzie najprawdopodobniej szarża PiS, coraz bardziej szukającego poparcia w centrowym (bardziej lewicowym) elektoracie. Trudno się spodziewać, aby przez najbliższe półtora roku ktoś zbytnio przejmował się postulatami środowisk prawicy konserwatywno-narodowej, pozbawionej swojej reprezentacji w parlamencie.

Pełnia władzy, jaką osiąga dziś Platforma Obywatelska, nie jest jej wcale na rękę, szczególnie że Bronisław Komorowski wygrał bardzo niewielką różnicą głosów. Jest to szczególnie niekomfortowa sytuacja dla Donalda Tuska. Komorowski nie będzie wszak musiał się wiele wysilać jako prezydent, premier zaś musi pokazać społeczeństwu, że jest w stanie zrealizować wszystkie obietnice złożone przez PO w czasie parlamentarnej i prezydenckiej kampanii wyborczej. A obietnic tych była taka ilość, iż naprawdę trudno będzie zrealizować choćby niewielką ich część. Największym smutkiem napawa fakt, że w najbliższym czasie możemy się spodziewać coraz bardziej na lewo idących ustaw, że wspomnę sztandarową w ostatniej kampanii wyborczej kwestię uregulowania procedury in vitro. Polska polityka zmierza w niebezpiecznym kierunku również w dziedzinie międzynarodowej, co może się objawiać w prostym przyjmowaniu pomysłów, które powstaną w niedługim czasie w Berlinie czy w Brukseli. Politycy Platformy nie od dziś dają dowody braku podmiotowości w fundamentalnych kwestiach na arenie międzynarodowej.

Artykuł ukazał się w „Naszym Dzienniku” 6 lipca 2010 roku.