|
Janusz Palikot jest politykiem-celebrytą, któremu media poświęcają bodaj
najwięcej uwagi. Istnieją całe rzesze dziennikarzy, którzy z lubością każdego
ranka zaglądają na jego blog, szukając inspiracji do pisania kolejnych kolumn
artykułów o niczym. Palikot zaczynał swoją drogę publiczną od – można by
rzec – centroprawicy. Znane jest jego sponsorowanie pisma „Ozon”,
zaliczanego w poczet periodyków o zabarwieniu prawicowym. Ów ruch zakończył się
jednak fiaskiem.
Wydaje się, że była to medialna próba wynikająca nie tyle z poglądów Janusza
Palikota, ile po prostu z potrzeby zaistnienia w przestrzeni publicznej. Dla
lubelskiego polityka, okazuje się, nie mają większego znaczenia barwy
ideologiczne – chodzi o to, aby istnieć w medialnej rzeczywistości.
Największe „sukcesy” na tej niwie osiągnął, działając w Platformie
Obywatelskiej. W ciągu kilku lat stał się on wzorem celebryty, który wprawdzie
niczego w życiu politycznym nie zdziałał, jednakże osiągnął niebywały wprost
rozgłos medialny. Znany z kontrowersyjnych wypowiedzi, był wygodnym graczem dla
kierownictwa PO, gdyż skupiał na swojej osobie zainteresowanie elektoratu
lewicowego. Stąd jego słynne happeningi w stylu „jestem gejem” lub „jestem z
SLD”.
Ostatnie wyczyny wzbudziły jednak spore oburzenie pewnej części posłów,
również tych z PO, gdyż przekroczony już został dobry smak i dobry obyczaj.
Chodzi o niewybredne ataki na zmarłego tragicznie prezydenta Lecha Kaczyńskiego,
oskarżanego przez Palikota o pośrednie spowodowanie katastrofy smoleńskiej.
Zważywszy na fakt, że Janusz Palikot ma w partii silnego konkurenta,
zmierzającego do usunięcia go z szeregów stronnictwa (chodzi o Grzegorza
Schetynę), niektórym się wydawało, że dni lubelskiego skandalisty w PO są
policzone. Wszak na początku sierpnia ma się zebrać sąd partyjny, który ma
zdecydować o wyrzuceniu lub zawieszeniu Palikota w członkostwie w partii.
Wielu podawało i podaje w wątpliwość możliwość usunięcia lubelskiego posła,
zważywszy na jego niewątpliwą przydatność dla wiązania lewicowego elektoratu. Z
drugiej jednak strony należy pamiętać, że wybory prezydenckie wykazały
bankructwo planu całkowitego przejęcia wyborców lewicy przez Platformę. Mimo
poparcia Bronisława Komorowskiego przez Włodzimierza Cimoszewicza, mimo
mianowania Marka Belki szefem NBP, mimo wreszcie niezmiennie skandalicznych
wypowiedzi Palikota, Grzegorz Napieralski osiągnął prawie czternastoprocentowy
wynik wyborczy. Wiele wskazuje na to, że Platforma po przyszłorocznych wyborach
parlamentarnych musi wejść w koalicję z SLD. Doskonale to „zagrożenie”
zdiagnozował Palikot, strasząc liderów Platformy, że jeśli go wyrzucą z PO, to
on pójdzie w kierunku SLD. Wielu obserwatorów ocenia, iż jest to groźba.
Jednakże po głębszym przyjrzeniu się polskiej scenie politycznej dochodzimy do
wniosku, że wcale nie musi to tak wyglądać. Oczywiście w rywalizacji z
Grzegorzem Schetyną Palikot może stosować tego typu szantaż. Możemy mieć jednak
również do czynienia z zupełnie odmiennym scenariuszem: Palikot, rzekomo
skłócony z PO, założy własną partię, która lansując medialnie o wiele bardziej
radykalne hasła niż SLD, przejmie sporą część SLD-owskiego elektoratu i Donald
Tusk zyska spokojnego, związanego ze sobą koalicjanta. Taki ruch może być
spokojnie wyreżyserowany przez liderów PO, może też być prywatną inicjatywą
Janusza Palikota. O takiej możliwości Palikot poinformował czytelników w
niedawnym wywiadzie zamieszczonym na portalu internetowym Onet.pl. Byłaby to
niezwykle ofensywna kolejna próba ogrania SLD przez Platformę Obywatelską.
Oczywiście próba taka mogłaby się zakończyć fiaskiem, tak jak to było w
przypadku kampanii prezydenckiej Bronisława Komorowskiego (przypomnijmy: wynik
Napieralskiego zaskoczył wszystkich). W wypadku fiaska Palikot mógłby wrócić na
łono PO lub po prostu zapisać się do SLD. Nie jest wszakże wykluczone, że taka
próba zostanie podjęta. Wszystko zależy od tego, czy na sierpniowym posiedzeniu
sąd koleżeński i zarząd PO wykluczą Palikota z partii, czy znowu tylko pogrożą
palcem. Nie ulega wszakże wątpliwości, że Platforma toczy dziś zażarty bój o
przejęcie elektoratu lewicowego. PiS zrezygnowało ze spokojnej retoryki
charakterystycznej dla kampanii prezydenckiej, co w przekonaniu liderów PO daje
Platformie niewątpliwą przewagę w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.
Kluczowe jest rządzenie samodzielne, bez SLD-owskiego koalicjanta. Nikt bardziej
od Janusza Palikota nie nadaje się do akcji przejmowania lewicowych wyborców.
Smutne jest jedynie to, że cały ten ruch, ten intelektualny wysiłek jest
robiony na poziomie ściśle wirtualnym, że energia polityków w żaden sposób nie
jest spożytkowana w pracy państwowej. Przewaga hazardowej gry nad dobrem daje
się zauważyć na każdym kroku.
Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z
24-25 lipca 2010 roku.
|