|
Objęcie urzędu prezydenta przez Bronisława Komorowskiego łączy się z realnym
już przejęciem pełni władzy w państwie polskim przez Platformę Obywatelską.
Monopol to olbrzymi zważywszy na fakt, iż PO ma za sobą również przychylne jej
media. Nie chodzi tu tylko o przejmowane właśnie media publiczne, ale również o
potężne media prywatne, typu TVN czy „Gazeta Wyborcza”. Wszystko to daje władzę
olbrzymią. Koalicjant PSL-owski jest po wyborach prezydenckich mocno osłabiony,
niezdolny do bardziej agresywnych ruchów.
Można sobie postawić pytanie, czy groźny jest taki monopol władzy, czy raczej
ułatwia zarządzanie państwem. Wydaje się, że dla Platformy problem główny polega
na tym, iż partia ta nie miała nigdy ochoty na realne rządzenie krajem. Jest to
patia typowo „sondażowa”, która czyniła rozliczne pozorowane ruchy po to, aby
zyskać wyborców, nie po to, aby realnie coś zrobić. Jak wszyscy wiedzą państwo
pod rządami PO wcale nie jest tanie. Administracja się rozrasta, mnożą się też
różnorakie biurokratyczne utrudnienia. Główna zapowiedź programowa liberałów
sprzed lat – redukcja podatków, okazała się definitywnie pustym frazesem w
świetle dzisiejszej sytuacji, tj. zapowiedzi podniesienia stawki podatku VAT o
jeden procent. Finanse państwa są w tak krytycznym stanie, że szuka się dochodów
w portfelach zwykłych obywateli, a nie w oszczędnościach administracyjnych. Jest
to pierwszy bardzo niepopularny ruch rządu po wygranych przez Komorowskiego
wyborach prezydenckich. Takich decyzji będzie musiało padać coraz więcej, co
może być trudne do przyjęcia przez wyborców nawet po przepuszczeniu tego
wszystkiego przez czyszczący medialny matrix.
Oczywiście można się spodziewać, że pokażą się wewnątrz PO z większą siłą
walki frakcyjne. Już w mediach mówi się o nowym triumwiracie (przed laty stary
triumwirat stanowił Tusk, Rokita i Gilowska), który mieliby stanowić: premier
Tusk, marszałek sejmu Schetyna i prezydent Komorowski. Napięcia między tymi
postaciami mogą rosnąć, co już dało się zauważyć w przypadku wyboru nowych
członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji czy w kwestii podwyższenia
podatków. Wewnętrzne zmagania w PO mogą osłabiać to ugrupowanie, szczególnie
dlatego, że nie da się w prosty sposób zrzucić winy za nieudolność rządzenia na
prezydenta czy w ogóle na opozycję.
Najbliższy rok zapowiada się zatem jako bardzo gorący w politycznych
zmaganiach. Kluczową rolę miało w tej walce odegrać Prawo i Sprawiedliwość, o
czym świadczył bardzo dobry wynik wyborczy Jarosława Kaczyńskiego. Strategia
wyborcza szła w kierunku przesunięcia PiS-u w kierunku centrum i lewicy, o czym
świadczyły PiS-owskie deklaracje dotyczące obozu lewicy (przykład: stosunek do
postaci Edwarda Gierka). Jednakże po wyborach strategia zmieniła się radykalnie.
Kluzik-Rostkowska, mimo zapowiedzi niektórych, nie uzyskała po udanej kampanii
jakiegoś eksponowanego stanowiska w PiS-ie. Pojawiły się też w tej partii bardzo
zdecydowane oskarżenia pod adresem PO o zaniedbania w sprawie śledztwa
smoleńskiego. Strategia ta umacnia PiS w elektoracie prawicowym, oddala go
jednak od centrowego. Wielu komentatorów mówi o wielkim błędzie Jarosława
Kaczyńskiego, który może pogrzebać szansę na powrót do władzy po
przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Nikt jednak nie rozważa, że Kaczyński
mógł porzucić plan przejęcia władzy w przyszłym roku. Po pierwsze, taki
scenariusz jest bardzo mało prawdopodobny. Trudno liczyć, aby PiS zdobył ponad
pięćdziesiąt procent mandatów. Po drugie jedyny możliwy koalicjant – PSL – może
być zbyt słaby lub może po prostu nie chcieć wejść w układ z PiS. Zresztą
posiadanie minimalnej większości parlamentarnej dawałoby olbrzymie możliwości
prezydentowi Komorowskiemu w kwestii wetowania rządowych ustaw. Strategia, którą
przyjął PiS może świadczyć o tym, że Jarosław Kaczyński zaplanował długi marsz
po władzę – trwający pięć lat. Wtedy (tj. w 2015 roku) będziemy mieli do
czynienia z podwójnymi wyborami – parlamentarnymi i prezydenckimi, a więc będzie
to sytuacja analogiczna do tej z roku 2005, kiedy to prezydentem został Lech
Kaczyński, PiS wygrał wybory parlamentarne i objął w koalicji z LPR i Samoobroną
władzę w kraju. Jest to scenariusz dalekosiężny i trudno zawyrokować czy realny.
W każdym razie PiS może dążyć do tego, aby w przyszłym roku Platforma była
zmuszona do koalicji z SLD. Czteroletnie rządy postkomunistów i PO mogłyby
skompromitować oba ugrupowania, co w sposób zasadniczy musiałoby wpłynąć na
wyniki wyborów w 2015 roku.
W tej sytuacji jednym z głównych celów politycznych przywódców PO staje się
przejęcie elektoratu lewicowego. Taka próba kompletnie nie powiodła się w czasie
kampanii prezydenckiej. Poparcie Cimoszewicza dla Komorowskiego, a także wybór
Belki na prezesa NBP okazał się wyborczo nieskuteczny. Dobry wynik
Napieralskiego daje szansę odrodzenia siły SLD. Niewykluczone, że Platforma
zdecyduje się na „wysadzenie” alternatywnej partii lewicowej. Na lidera takiej
partii doskonale nadawałby się Janusz Palikot, o czym sam publicznie
zakomunikował. Sąd partyjny przełożył datę rozpatrzenia wniosku o wyrzucenie
Palikota z PO, co może świadczyć o tym, że Donald Tusk rozważa różne warianty
gry o elektorat lewicowy.
Z perspektywy kraju niezwykle niebezpieczne jest przesunięcie sceny
politycznej na lewo. Z jednej strony jest to wynik wzrastającej siły SLD i
pragnienia innych partii (szczególnie PO) wejścia w elektorat lewicowy. Z
drugiej jednak strony przesunięcie na lewo wynika z siły lewicowych mediów w
Polsce. Wszystkie wielkie stacje telewizyjne czy radiowe lansują liberalny obraz
świata, podobnie rzecz wygląda na poziomie prasy. Kapitał, który stoi za tymi
mediami albo jest obcym kapitałem, albo ma korzenie postkomunistyczne. Dla
nikogo nie jest tajemnicą, że świat polityki w sposób zasadniczy jest
uzależniony od mediów, gdyż to właśnie media kształtują opinię publiczną. Wielu
zwykłych działaczy PO dziwi się, jak to się stało, że ich partia tak bardzo
przechyla się w lewą stronę, mimo, iż była czy jest określana mianem
konserwatywnej. Opis mechanizmu jest prosty: środowiska TVN czy „Gazety
Wyborczej” nie udzielają poparcia za nic.
Od czasu do czasu zdarzają się w społeczeństwie polskim przebudzenia, z
jakimi mieliśmy do czynienia po śmierci Jana Pawła II czy po katastrofie
smoleńskiej. Jednakże wpływ takich przebudzeń na scenę polityczną jest raczej
chwilowy, gdyż media w większości pracują nad manipulacją sceny politycznej. O
długotrwałym kształcie sceny politycznej decyduje zaplecze społeczne, siła tego
zaplecza – w mniejszym stopniu doraźne wybuchy społeczne.
W najbliższym czasie możemy się zatem spodziewać nie tylko rywalizacji między
PiS a PO. Przede wszystkim możemy mieć do czynienia z próbą sił między PO i SLD.
Wszystko to może się skończyć wymuszoną koalicją rządową obu tych partii po
przyszłorocznych wyborach parlamentarnych. Taki stan rzeczy może kosztować kraj
bardzo dużo, gdy dojdzie do wprowadzania różnorakich lewackich pomysłów
ustawowych (przykład: niedawna nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w
rodzinie).
Oczywiście do tego dodać musimy odejście od procesów dekomunizacyjnych, co
będzie szczególnie widoczne przy prezydenturze Bronisława Komorowskiego. Wielu
komentatorów prawicowych ocenia, że nowy prezydent ma o wiele dalej idące
uzależnienia od nieformalnych układów postkomunistycznych niż inni liderzy PO.
Jego sukces wyborczy będzie się z pewnością łączył z obroną interesów tych
środowisk.
|