|
Wizyta Bronisława Komorowskiego w Brukseli nie zaskoczyła. Wybór miejsca
pierwszej wizyty jasno mówi, jaki będzie kierunek polityki zagranicznej
lansowanej przez nowego prezydenta. Kierunek Bruksela to nic innego jak
bezwzględne wpisanie się w procesy integracyjne proponowane przez głównych
architektów współczesnej Unii Europejskiej. Zresztą świadczą o tym dobitnie
słowa, jakie wypowiedział Bronisław Komorowski, nieustannie powtarzający o
potrzebie „pogłębiania integracji europejskiej”. Jest to najczęściej używane
przez polityków francuskich i niemieckich słowo-wytrych, od lat dążących do
zbudowania superpaństwa na kontynencie. Jakbyśmy zapytali na poważnie, co
prezydent Komorowski rozumie pod pojęciem „pogłębiania integracji”, z pewnością
miałby duże trudności z wyjaśnieniem, gdyż o tym wiedzą tak naprawdę dużo w
Berlinie, nie w Warszawie. To Berlin proponuje wobec obecnego kryzysu
finansowego w strefie euro, aby stworzyć w Unii coś w rodzaju rządu
gospodarczego, który całkowicie przejąłby kontrolę nad wydatkami budżetowymi
poszczególnych krajów. Idąc na skróty musielibyśmy stwierdzić, że najnowszy
projekt pogłębiania integracji to nic innego, jak pozbawienie resztek atrybutów
suwerenności gospodarczej państw członków UE. Jest rzeczą skrajnie zadziwiającą,
jak prezydent państwa słabszego, które może na takim pogłębianiu wiele stracić,
zapowiada, że polska prezydencja w UE na pogłębianiu integracji będzie polegać.
Racjonalna wydaje się strategia wręcz odwrotna, opór i próba sprzedaży własnej
skóry za jak największą cenę. Dla Polski zatem najbardziej korzystne byłoby
maksymalne opóźnienie procesu projektowanego w Paryżu i Berlinie.
Euroentuzjaści twierdzą, że ściślejsza integracja mimo wszystko wzmacnia
kraje mniejsze, gdyż te za pośrednictwem Brukseli bardziej mogą chronić swoje
partykularne interesy. Jak bardzo złudne są to przekonania świadczą ostanie
decyzje szefowej dyplomacji UE pani Ashton, która w nowopowstających placówkach
dyplomatycznych Unii nie obsadziła żadnego Polaka i doprowadziła do całkowitej
marginalizacji krajów Europy centralnej. A miało być tak pięknie, mieliśmy
uzyskać przemożny wpływ na politykę zagraniczną UE, dzięki czemu miała wzrosnąć
nasza pozycja chociażby w stosunku do Rosji. Wizyta Bronisława Komorowskiego w
Brukseli w sytuacji tak skrajnego lekceważenia w UE naszych interesów jest wręcz
swoistym kuriozum. Gdy dodamy do tego sprzeciw Niemiec co do budowy gazoportu w
Świnoujściu, nasze wiernopoddaństwo w Unii okazuje się być po prostu
samobójcze.
W takim klimacie doszło do innego głośnego wydarzenia dotyczącego naszej
polityki zagranicznej. Minister Radosław Sikorski zaprosił ministra spraw
zagranicznych Ławrowa, by ten wygłosił przemówienie do polskiego korpusu
dyplomatycznego zebranego w Warszawie. Jest to rzecz o tyle kuriozalna, iż
należałoby oczekiwać, iż do polskich ambasadorów przemawiać będzie polski mąż
stanu, który pokaże główne kierunki polskiej polityki zagranicznej. Dla naszych
dyplomatów byłoby to jasne wskazanie, jak należy działać. Skoro zaproszono
Rosjanina, to z pewnością coś chciano naszym dyplomatom, a także światu
zakomunikować. Ten komunikat to nic innego, jak nowy kurs polityki polskiej w
stosunku do rosyjskiego sąsiada. Ten nowy kurs nie musiałby niepokoić, jednak
pod warunkiem, że wiedzielibyśmy, na czym polega to nowe otwarcie, jakie
konkretne zyski przyniesie nam „pojednanie” z Rosją. Najbardziej oczekiwane
kwestie mogłyby dotyczyć spraw gospodarczych, ale o ile wiemy, nic w tej
dziedzinie do tej pory się nie wydarzyło. Mamy jedynie podpisać bardzo
niekorzystną dla Polski umowę gazową – i tyle. Zatem nowe otwarcie z Moskwą
znowu jest jakby za darmo. Nasi ambasadorowie przyjęli komunikat, że Polska na
arenie międzynarodowej nie ma interesów sprzecznych z Rosją. Jest to szczególnie
istotne dla byłych republik sowieckich, z którymi chcieliśmy do niedawna budować
jakąś przeciwwagę dla dominacji rosyjskiej i niemieckiej w środkowej Europie.
Wszystkie te państwa dostały sygnał, że współczesne kierownictwo polskiej nawy
państwowej zarzuciło wszelkie plany działania sprzecznego z celami polityki
rosyjsko-niemieckiej. Oczywiście za takie stawianie kwestii przywódcy polskiego
państwa mogą liczyć na poklepywanie po ramieniu, ale w realnej polityce nie o
takie cele powinni oni walczyć.
Niektórzy obserwatorzy odwołujący się do narodowej tradycji uprawiania
polityki mogliby widzieć w nowym kursie wschodnim polskiego rządu nawiązanie do
doktryny Romana Dmowskiego z pierwszej połowy XX wieku. Porozumienie z Rosją
należało do najważniejszych kanonów narodowej polityki zagranicznej. Jest jednak
jedna zasadnicza różnica. Porozumienie z Rosją, wedle narodowych demokratów,
miało iść w poprzek interesów niemieckich, miało niejako rozrywać porozumienie
niemiecko-rosyjskie, stanowiące od wieków największą zmorę dla naszego państwa i
narodu. Dzisiejsi kierownicy polityki polskiej nie pragną porozumienia z Rosją
po to, by szukać różnych alternatyw w celu uwolnienia się od dominacji
niemieckiej. Jak widzimy, rządzący Polską porozumiewają się z Rosją, by
zamanifestować zgodę i poparcie dla osi Berlin – Moskwa, skrzętnie budowanej
przez oba państwa od dobrych kilkunastu lat. Widać namacalnie, że podobieństwo
tych działań do wizji prezentowanej przed laty przez Romana Dmowskiego jest
całkiem iluzoryczne. Dla narodowców celem była suwerenność, maksymalna
niezależność naszej nawy państwowej od dominacji zewnętrznej. Działania naszych
polityków idą w kierunku przeciwnym – zgadzają się na układ niemiecko-rosyjski
na kontynencie, a nawet jakby go wspierają; wzmacniają również procesy
odbierające państwom członkowskim UE atrybuty suwerenności.
Jest jeszcze inne grono polskich polityków i komentatorów zadowolonych z
kapitulanckiego sposobu uprawiania polityki zagranicznej przez państwo polskie.
Owo zadowolenie ma wynikać z przekonania, że Polska nie sprzeciwiająca się i nie
zagrażająca interesom żadnego z wielkich mocarstw, sama nie będzie podlegać
zagrożeniom. Takie przekonanie dominowało niegdyś w Rzeczpospolitej za czasów
saskich. Zredukowaliśmy armię, pozbyliśmy się ambicji budowania alternatywnej
siły w środkowej Europie, uzależniliśmy swoją warstwę przywódczą od pieniędzy
idących z Belina, Moskwy i Wiednia. Ale nie byliśmy bezpieczni. Wręcz
przeciwnie, polityczna bezmyślność zwieńczona została rozbiorami i ponad
stuletnią niewolą. Wydaje się, że powinno to być dla nas dostateczną przestrogą
i inspiracją do zagrania larum na widok kondycji naszej współczesnej polityki
zagranicznej.
Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 4-5 września 2010
roku.
|