Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Jan Paweł II
i o. Krąpiec

Galeria foto
Multimedia
Mirosław Król
Ks. Piotr Skarga
Spróbuj pomyśleć (Radio Maryja)
Ks. Piotr Skarga
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
prof. Mieczysław Ryba 2010-09-03

Komorowski w Brukseli, Ławrow w Warszawie

Wizyta Bronisława Komorowskiego w Brukseli nie zaskoczyła. Wybór miejsca pierwszej wizyty jasno mówi, jaki będzie kierunek polityki zagranicznej lansowanej przez nowego prezydenta. Kierunek Bruksela to nic innego jak bezwzględne wpisanie się w procesy integracyjne proponowane przez głównych architektów współczesnej Unii Europejskiej. Zresztą świadczą o tym dobitnie słowa, jakie wypowiedział Bronisław Komorowski, nieustannie powtarzający o potrzebie „pogłębiania integracji europejskiej”. Jest to najczęściej używane przez polityków francuskich i niemieckich słowo-wytrych, od lat dążących do zbudowania superpaństwa na kontynencie. Jakbyśmy zapytali na poważnie, co prezydent Komorowski rozumie pod pojęciem „pogłębiania integracji”, z pewnością miałby duże trudności z wyjaśnieniem, gdyż o tym wiedzą tak naprawdę dużo w Berlinie, nie w Warszawie. To Berlin proponuje wobec obecnego kryzysu finansowego w strefie euro, aby stworzyć w Unii coś w rodzaju rządu gospodarczego, który całkowicie przejąłby kontrolę nad wydatkami budżetowymi poszczególnych krajów. Idąc na skróty musielibyśmy stwierdzić, że najnowszy projekt pogłębiania integracji to nic innego, jak pozbawienie resztek atrybutów suwerenności gospodarczej państw członków UE. Jest rzeczą skrajnie zadziwiającą, jak prezydent państwa słabszego, które może na takim pogłębianiu wiele stracić, zapowiada, że polska prezydencja w UE na pogłębianiu integracji będzie polegać. Racjonalna wydaje się strategia wręcz odwrotna, opór i próba sprzedaży własnej skóry za jak największą cenę. Dla Polski zatem najbardziej korzystne byłoby maksymalne opóźnienie procesu projektowanego w Paryżu i Berlinie.

Euroentuzjaści twierdzą, że ściślejsza integracja mimo wszystko wzmacnia kraje mniejsze, gdyż te za pośrednictwem Brukseli bardziej mogą chronić swoje partykularne interesy. Jak bardzo złudne są to przekonania świadczą ostanie decyzje szefowej dyplomacji UE pani Ashton, która w nowopowstających placówkach dyplomatycznych Unii nie obsadziła żadnego Polaka i doprowadziła do całkowitej marginalizacji krajów Europy centralnej. A miało być tak pięknie, mieliśmy uzyskać przemożny wpływ na politykę zagraniczną UE, dzięki czemu miała wzrosnąć nasza pozycja chociażby w stosunku do Rosji. Wizyta Bronisława Komorowskiego w Brukseli w sytuacji tak skrajnego lekceważenia w UE naszych interesów jest wręcz swoistym kuriozum. Gdy dodamy do tego sprzeciw Niemiec co do budowy gazoportu w Świnoujściu, nasze wiernopoddaństwo w Unii okazuje się być po prostu samobójcze.

W takim klimacie doszło do innego głośnego wydarzenia dotyczącego naszej polityki zagranicznej. Minister Radosław Sikorski zaprosił ministra spraw zagranicznych Ławrowa, by ten wygłosił przemówienie do polskiego korpusu dyplomatycznego zebranego w Warszawie. Jest to rzecz o tyle kuriozalna, iż należałoby oczekiwać, iż do polskich ambasadorów przemawiać będzie polski mąż stanu, który pokaże główne kierunki polskiej polityki zagranicznej. Dla naszych dyplomatów byłoby to jasne wskazanie, jak należy działać. Skoro zaproszono Rosjanina, to z pewnością coś chciano naszym dyplomatom, a także światu zakomunikować. Ten komunikat to nic innego, jak nowy kurs polityki polskiej w stosunku do rosyjskiego sąsiada. Ten nowy kurs nie musiałby niepokoić, jednak pod warunkiem, że wiedzielibyśmy, na czym polega to nowe otwarcie, jakie konkretne zyski przyniesie nam „pojednanie” z Rosją. Najbardziej oczekiwane kwestie mogłyby dotyczyć spraw gospodarczych, ale o ile wiemy, nic w tej dziedzinie do tej pory się nie wydarzyło. Mamy jedynie podpisać bardzo niekorzystną dla Polski umowę gazową – i tyle. Zatem nowe otwarcie z Moskwą znowu jest jakby za darmo. Nasi ambasadorowie przyjęli komunikat, że Polska na arenie międzynarodowej nie ma interesów sprzecznych z Rosją. Jest to szczególnie istotne dla byłych republik sowieckich, z którymi chcieliśmy do niedawna budować jakąś przeciwwagę dla dominacji rosyjskiej i niemieckiej w środkowej Europie. Wszystkie te państwa dostały sygnał, że współczesne kierownictwo polskiej nawy państwowej zarzuciło wszelkie plany działania sprzecznego z celami polityki rosyjsko-niemieckiej. Oczywiście za takie stawianie kwestii przywódcy polskiego państwa mogą liczyć na poklepywanie po ramieniu, ale w realnej polityce nie o takie cele powinni oni walczyć.

Niektórzy obserwatorzy odwołujący się do narodowej tradycji uprawiania polityki mogliby widzieć w nowym kursie wschodnim polskiego rządu nawiązanie do doktryny Romana Dmowskiego z pierwszej połowy XX wieku. Porozumienie z Rosją należało do najważniejszych kanonów narodowej polityki zagranicznej. Jest jednak jedna zasadnicza różnica. Porozumienie z Rosją, wedle narodowych demokratów, miało iść w poprzek interesów niemieckich, miało niejako rozrywać porozumienie niemiecko-rosyjskie, stanowiące od wieków największą zmorę dla naszego państwa i narodu. Dzisiejsi kierownicy polityki polskiej nie pragną porozumienia z Rosją po to, by szukać różnych alternatyw w celu uwolnienia się od dominacji niemieckiej. Jak widzimy, rządzący Polską porozumiewają się z Rosją, by zamanifestować zgodę i poparcie dla osi Berlin – Moskwa, skrzętnie budowanej przez oba państwa od dobrych kilkunastu lat. Widać namacalnie, że podobieństwo tych działań do wizji prezentowanej przed laty przez Romana Dmowskiego jest całkiem iluzoryczne. Dla narodowców celem była suwerenność, maksymalna niezależność naszej nawy państwowej od dominacji zewnętrznej. Działania naszych polityków idą w kierunku przeciwnym – zgadzają się na układ niemiecko-rosyjski na kontynencie, a nawet jakby go wspierają; wzmacniają również procesy odbierające państwom członkowskim UE atrybuty suwerenności.

Jest jeszcze inne grono polskich polityków i komentatorów zadowolonych z kapitulanckiego sposobu uprawiania polityki zagranicznej przez państwo polskie. Owo zadowolenie ma wynikać z przekonania, że Polska nie sprzeciwiająca się i nie zagrażająca interesom żadnego z wielkich mocarstw, sama nie będzie podlegać zagrożeniom. Takie przekonanie dominowało niegdyś w Rzeczpospolitej za czasów saskich. Zredukowaliśmy armię, pozbyliśmy się ambicji budowania alternatywnej siły w środkowej Europie, uzależniliśmy swoją warstwę przywódczą od pieniędzy idących z Belina, Moskwy i Wiednia. Ale nie byliśmy bezpieczni. Wręcz przeciwnie, polityczna bezmyślność zwieńczona została rozbiorami i ponad stuletnią niewolą. Wydaje się, że powinno to być dla nas dostateczną przestrogą i inspiracją do zagrania larum na widok kondycji naszej współczesnej polityki zagranicznej.

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 4-5 września 2010 roku.