Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Realna Polska
prof. Mieczysław Ryba 2010-12-30

Polski rząd „Gazety Wyborczej”

Na koniec 2010 roku polskie media liberalne, w szczególności „Gazeta Wyborcza”, zajęły się „skandaliczną”, ich zdaniem, sytuacją polityczną na Węgrzech. Otóż rząd Viktora Orbána ośmielił się ograniczyć działalność tamtejszych liberalnych mediów, zaczął prowadzić narodową (dziewiętnastowieczną wedle „Wyborczej”) politykę, co o tyle jest „niepokojące”, że nie wzbudza większych protestów w Unii Europejskiej. Najciekawsze jest to, że „Gazeta Wyborcza” nie organizowała protestów, gdy na Węgrzech rządzili totalnie skompromitowani socjaliści, publicznie przyznający się do manipulowania opinią społeczną. Węgry zostały doprowadzone na skraj przepaści gospodarczej, ale to nie był problem dla luminarzy naszej sceny medialnej. Do rzeczy karygodnych zaliczono zapowiedź wprowadzenia do konstytucji poprawki mówiącej o zakazie aborcji. Węgry poza tym starają się uniknąć tzw. „pomocy” (czy jak wolą inni „dyktatu”) Międzynarodowego Funduszu Walutowego i starają się odzyskać kontrolę nad własnym sektorem finansowym i medialnym. Dla „Wyborczej” jest to nie do przyjęcia, zwłaszcza że cała UE jest w tej chwili w głębokim kryzysie. Istnieje obawa, że w innych krajach pogrążonych w kryzysie do władzy mogą dojść ugrupowania podobne do Fideszu. Wtedy rzeczywiście wizja zbudowania lewicowych Stanów Zjednoczonych Europy ległaby w gruzach.

Bardzo mocne deklaracje Viktora Orbána dotyczące wzmocnienia Grupy Wyszehradzkiej oraz Partnerstwa Wschodniego w czasie prezydencji Węgier w UE oraz rozszerzenie Unii o Chorwację i Serbię powinny być niezwykle ciepło odebrane w Polsce. Po raz pierwszy od dłuższego czasu w Europie centralnej pojawił się polityk wprost odwołujący się do polskich celów strategicznych w Europie. Celem tym bezwzględnie powinno być umocnienie i zintegrowanie Europy Środkowej dla obrony tego regionu przed ekspansją niemiecko-rosyjską. Pamiętajmy, że porozumienie Berlina i Moskwy w sposób zasadniczy kształtuje stan stosunków międzynarodowych na Starym Kontynencie. Ściślejszy sojusz polsko-węgierski o tyle jest ważny, że po prezydencji węgierskiej w UE przychodzi prezydencja polska. Zatem można by sobie w przeciągu roku postawić bardzo ambitne cele. Wydaje się, że bardzo mocno krytycznie do takiego scenariusza odnoszą się nasze lewicowo-liberalne media. Cele, jakie postawił sobie prezydent Komorowski, również odbiegają od takiej wizji. Jak już pisałem w poprzednich artykułach, Polska bardzo mocno chciała podkreślić w osobie prezydenta, że zależy jej na realizacji niemieckich celów strategicznych za czasów naszej prezydencji. Prezydent Komorowski ogłosił w Brukseli, że za polskiej prezydencji będzie się dokonywało „pogłębienie integracji”. Pogłębianie integracji to nic innego jak danie większej władzy Berlinowi w UE. Ma się to przede wszystkim dokonać poprzez reformę traktatu lizbońskiego i danie Brukseli większych uprawnień w zakresie kontroli finansów poszczególnych krajów. Ponieważ w kolejce po pomoc unijną ustawiają się kolejne kraje strefy euro, Berlin (główny płatnik w UE) może zwiększać swoją władzę w Europie. Polska nie zdefiniowała żadnego alternatywnego do planów niemieckich celu. Nie wydaje się, aby można było np. zaobserwować większą ofensywę dyplomatyczną Warszawy w którymkolwiek z krajów środkowej Europy. Widać natomiast duży ruch w kierunku Berlina i Moskwy. Sygnał dla rządu Orbána może być nader jasny: z Polakami nie jesteśmy w stanie w roku 2011 zrobić wielkiej polityki europejskiej. Wydaje się, że jasno mogą to wywnioskować z napastliwych artykułów „Gazety Wyborczej” – dodajmy – gazety, która w ostatnich miesiącach stała się główną tubą propagandową rządzącej Platformy Obywatelskiej.

Pasywność polskich władz na niwie środkowoeuropejskiej wynika m.in. z lęku przed zapaścią finansów publicznych, która wciąż wisi nad polską gospodarką. Oczywiście polska propaganda sukcesu jest wciąż skuteczna, wciąż wielu ludzi wierzy w pijarowskie zapewnienia, że jest dobrze. Jednakże warszawski zegar polskiego zadłużenia bije w niezwykłym tempie, a jak donoszą media, od obecnego rządu powoli zaczynają uciekać nawet ludzie wysokiego biznesu. Rząd polski postawił sobie jako cel zgodę UE na inne zaksięgowanie naszego wewnętrznego długu, tak aby odsunąć w czasie spodziewaną finansową katastrofę, jednakże każdy wie, że wisi nad rządem Donalda Tuska konieczność pójścia po prośbie do Niemiec po finansową pomoc w razie zapaści. Dlatego na arenie międzynarodowej nie widać niczego z działań naszych władz, co szłoby w poprzek planów niemieckich.

Wydaje się, że mimo przejęcia przez PO władzy nad mediami publicznymi nie zmalało, a wręcz wzrosło uzależnienie rządu od „Gazety Wyborczej” i TVN. Zaproszenie generała Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, Order Orła Białego dla Adama Michnika to tylko symboliczne wyrazy tych uzależnień. Im większa jest medialna bańka „propagandy sukcesu”, tym łatwiej można będzie ją przekłuć. Stąd strach rządzących przed dominującymi mediami. Cała wszak polityka rządu opiera się na sukcesach pijarowskich, nie na rzeczywistych osiągnięciach. Oprócz gestów symbolicznych mieliśmy w tym roku do czynienia z bardzo ideologicznymi ustawami, wprost odpowiadającymi na zapotrzebowania lewicowo-liberalnych środowisk skupionych wokół „Gazety Wyborczej”. Chodzi tu przede wszystkim o skrajnie lewacką nowelizację ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Penalizacja klapsa, poddanie życia rodzinnego skrajnie opresyjnej kontroli państwa to najbardziej lewackie rozwiązania zaczerpnięte wprost z ideologii Nowej Lewicy zachodnioeuropejskiej. Równie absurdalne jest wprowadzenie parytetów w tworzeniu list wyborczych (30% kobiet i mężczyzn na listach). Wpisywanie się w skrajne pomysły ideologiczne feministek było bardzo ciepło przyjęte przez publicystów „Wyborczej”. Dla wielu posłów PO rozwiązania te są pogwałceniem ich sumień, tak jak gwałtem na sumieniach posłów była nowelizacja ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, dokonana podpisem p.o. prezydenta Bronisława Komorowskiego tuż po katastrofie smoleńskiej. Ustaw takich jak powyższe nie wprowadzono nawet za czasów rządów SLD. Nie rozpętano również wówczas tak agresywnej nagonki antykościelnej. Ruch Janusza Palikota wygenerowany w sumie z PO zgłasza hasła radykalnej lewicy europejskiej i znajduje spory rozgłos w środowiskach medialnych. Tymczasem kiedy słuchałem podsumowań wydarzeń politycznych roku, jakie się dokonywały na łamach różnych gazet i w różnych programach telewizyjnych, uwagę skupiał nade wszystko Jarosław Kaczyński i jego polityka smoleńska oraz Kościół zbyt mało podobny do zachodniego. Zapomniano w tej krytyce dodać, że „nowoczesny” zachodnioeuropejski Kościół jest w totalnym kryzysie, a tradycyjny, „zacofany” Kościół polski ma się o wiele lepiej.

Można zatem również skonstatować, że siła polskiego rządu jest pozorna. Wprawdzie monopol władzy jest porównywalny do lat siedemdziesiątych dwudziestego wieku. Mamy prezydenta z PO, premiera z PO, marszałków sejmu, szefów niemal wszystkich ważniejszych urzędów państwowych, wreszcie rządy koalicji PO – PSL we wszystkich sejmikach wojewódzkich, a jednak władza w Polsce wydaje się słaba. Jej siła wyraża się potęgą pijaru oraz możliwością duszenia obciążeniami biurokratycznymi społeczeństwa. Natomiast na zewnątrz mamy wręcz do czynienia z niebywałą uległością. Wynika to z faktu, że społeczeństwo polskie jest słabe od strony finansowo-gospodarczej i od strony wpływu na media. Można w Polsce złamać wszystkie obietnice. Można obiecać obniżkę podatków i je podnieść, można deklarować odpartyjnienie samorządów i zawierać koalicje samorządowe na poziomie warszawskim, można mówić o cudzie gospodarczym i doprowadzić państwo na skraj zapaści finansowej. Władza boi się siły, tę siłę dostrzega w Berlinie, Moskwie, Brukseli, ale nie w społeczeństwie polskim. I to jest największe dla Polski zagrożenie, gdyż naród nie jest w stanie za pośrednictwem swoich elit definiować swego interesu i realizować go na poziomie państwowym. Trochę sytuacja ta przypomina wydarzenia z XVIII w. opisywane przez wybitnego polskiego historyka Władysława Konopczyńskiego: „Zagłuszała wszystko partyjność tępa, zacietrzewiona, wyuzdana (…) To, że w przejawach życia politycznego tak mało cnoty i rozumu żądano od przywódców, że się tak ślepo, nie pytając o zasady i programy, oddawano pod ich rozkazy – to już stanowiło smutny znak czasu i ponurą zapowiedź przyszłości. Jedyną zasadą grupowania się stronnictw był i pozostał stosunek do zagranicy”. (Cyt. za: P. Semka, Saska zmora, „Rzeczpospolita” 23-24 października 2010, s. P15).

Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 30 grudnia 2010 roku.