Rozmowa z przewodniczącym Rady Powiatu w Świdniku Ryszardem Borowcem
W kompetencji rady jest podejmowanie uchwał w sprawach współpracy ze
społecznościami lokalnymi innych państw, w tym ze Wschodem. Nie jest tajemnicą,
że to tematyka Panu szczególnie bliska. Czy kontakt są kontynuowane, poszerzane?
Jak Pan spostrzega sytuację na Ukrainie i Białorusi, w szczególności Polonusów?
Jaką rolę do odegrania ma zaangażowanie polskiego samorządu w te kontakty? Jakie
są doświadczenia powiatu świdnickiego w tej materii?
Jest to temat niezwykle istotny. Jesteśmy w konkretnym miejscu, na wschodzie
Polski, gdzie zarówno ze względu na położenie geograficzne, jak i osobiste losy
wielu mieszkańców nie unikniemy i pewnie nie chcielibyśmy uniknąć kontaktu z
naszymi najbliższymi sąsiadami, czyli ze Wschodem. Związki te ujawniają się w
różnych sytuacjach i próbujemy kształtować je w sposób świadomy. Mamy taki
obowiązek po pierwsze ze względu na to, że w krajach ościennych na wschodzie
mieszkają osoby polskiego pochodzenia, które czują się Polakami i chcą
kultywować tę tożsamość. Z drugiej strony są również samorządy krajów
ościennych, które chcą nawiązywać kontakty, korzystać z naszych wzorów,
podpowiedzi dotyczących sposobów działania społecznego. Korzystając w
poprzednich latach z wzorców państw zachodnich zaciągnęliśmy zobowiązanie, by
podobną przysługę oddać wschodnim sąsiadom.
Odbywa się to w różny sposób, zarówno poprzez umowy o partnerstwie i zapisane
w nich pola kooperacji, jak również poprzez dwustronne wyjazdy. Rozwój tego typu
współpracy wymaga dłuższego czasu, aby najpierw strony się poznały, później
ustaliły swoje możliwości współdziałania, a następnie przeprowadziły konkretne
inicjatywy. Mamy również świadomość, że możliwości po drugiej stronie są często
ograniczone. Gdy wschodni partnerzy sygnalizują potrzeby, wówczas próbujemy się
zmierzyć z problemem i pomóc.
Jak powszechnie wiadomo od lat wspieramy Polaków na Białorusi. Formy pomocy
są różne. Gdy dzieci z Radunia przyjeżdżają do Świdnika, mobilizujemy instytucje
miejskie i powiatowe, żeby zapewnić wsparcie przedsięwzięciu. Organizowana jest
zbiórka darów wysyłanych od lat z okazji świąt Bożego Narodzenia. Również w tę
inicjatywę włączają się instytucje powiatowe, a wśród nich szkoły. Te akcje
stały się już tradycją. Wystarczy informacja o ich rozpoczęciu, aby z wielu
stron pojawiło się współdziałanie.
Jest prawdą, że osobiście jestem zaangażowany w te przedsięwzięcia. Uważam,
że na miarę ograniczonych lokalnych możliwości trzeba je wytrwale kontynuować.
Być może te skromne przecież działania są jedną z przyczyn, dla których
pojedyncze osoby ze Wschodu próbują tu przyjeżdżać, wracać do Polski. Jeśli
byłyby takie sytuacje trzeba je przyjąć z radością i traktować jako zachętę do
dalszych wysiłków. Nie jest tak z kolei, że wszyscy chcieliby przyjechać
czy – w przypadku młodych – uczyć się w Polsce. Natomiast tym, którzy
chcieliby to robić powinniśmy sprawnie pomóc. Polakom na Wschodzie nie jest
łatwo podjąć decyzję o wyjeździe. Jest to bardzo poważne wyzwanie.
Z Polakami zza wschodniej granicy spotykam się od wielu lat. Przez trzy lata
przyjmowałem dzieci stamtąd pochodzące w mojej szkole. Opiekowałem się także
trójką Polek, które skończyły w Świdniku liceum i studiują obecnie w Polsce.
Okazją do spotkań są wyjazdy na Wschód. Niezwykle ważne jest to, że nie
spotkałem się nigdy z podejściem roszczeniowym; oczekiwaniem, że my coś musimy,
powinniśmy. Pierwsza rzecz, która była akcentowana to obecność. Pamiętam,
moment, gdy starsza pani w katedrze w Grodnie podeszła do nas i powiedziała:
„Przyjeżdżajcie”. Nie oczekiwała żadnej pomocy tylko obecności. Goszcząc wśród
Polonusów wielokrotnie spotkaliśmy się z olbrzymią serdecznością związaną z
faktem, że chcemy być z nimi wspólnie. Dzięki tym spotkaniom mają okazję
podzielić się życiem: czasem swoimi radościami, a czasem smutkami.
Wyjazdy te umożliwiają nam także zwiedzanie miejsc dla nas bardzo istotnych
ze względów historycznych. Działy się tam rzeczy znaczące. W określonych
miejscach mieszkali historycznie ważni Polacy: pisarze, poeci –
Sienkiewicz, Mickiewicz, Orzeszkowa, Rodziewiczówna. Na jakimkolwiek obszarze
się tam znajdziemy odkryjemy elementy polskie. Przykładem jest Hruszówka,
gdzie – niestety w złym stanie – znajduje się dwór Tadeusza Rejtana z całym
otoczeniem. Takich miejsc jest bardzo dużo i wypełnia to przestrzeń
geograficzno-historyczną. Ich odwiedzenie daje pełniejsze zrozumienie całości
naszego dziedzictwa narodowego. Nie wynika z tego jakiś resentyment, który
nakazywałby próbować tam coś gwałtownie zmieniać. Myślę, że być obecnym i mieć
świadomość – to są dwie istotne rzeczy. Być obecnym dla tych, którzy chcieliby,
żebyśmy zaglądali, a jednocześnie mieć świadomość, że jest wiele ważnych miejsc;
nie zapomnieć.
A jaką rolę odgrywa obecnie polskość na Wschodzie dla ludzi tam
mieszkających?
Przede wszystkim jest skarbem dla tamtejszych Polaków. Trzeba pamiętać, że
ich losy były szczególnie tragiczne. Ktoś kto pojedzie na dawne Kresy pierwszy
raz może odnieść mylne wrażenie, że jeśli spotkany tam Polak mówi łamaną
polszczyzną to jego związek z kulturą polską jest wątpliwy. Ale gdy zapoznamy
się z dramatycznymi doświadczeniami, które musiał przejść ten człowiek i jego
rodzina, wówczas dopiero rozumiemy, że ocalenie tych niedoskonałych przejawów
polskości jest wielkim sukcesem.
Nasze zainteresowanie Polakami na Wschodzie czasami nie ułatwia współpracy
oficjalnej. Na Białorusi mamy taką sytuację, że tamtejsze instytucje chętniej
kontaktowałyby się z nami, gdybyśmy odcięli się od tej „polskiej cząstki”, co
nie jest zupełnie możliwe. Chociaż z drugiej strony podczas pobytu na Ukrainie w
Zdołbunowie gospodarze sami wskazywali nam elementy polskiego dziedzictwa.
Przyznaję, że byliśmy zdziwieni, bo jest to Wołyń, czyli miejsce bardzo trudne z
racji historycznych. Zaskoczyli nas otwartością w powitaniach, w strojach, w
przyznawaniu się do polskiego pochodzenia, w pokazywaniu gdzie były czy są
związane z polskością miejsca, w śpiewaniu „Hej sokoły” po polsku i po
ukraińsku. Wyglądało na to, że akurat w tamtym miejscu nie ma fobii
historycznej, więc nam też było łatwiej.
Nie oznacza to oczywiście, że nie zdarzały się trudne momenty i dramatyczne
skojarzenia historyczne. Nie da się unieważnić tragicznych dziejów. Ale obecna
współpraca to spotkanie innych ludzi, nowe spotkanie. Nasi wschodni sąsiedzi
spoglądają w kierunku Zachodu. Także nasi białoruscy partnerzy czują się
związani z kulturą zachodnią mimo, że funkcjonują w określonych realiach
geopolitycznych. Oczywiście trzeba podkreślić, że cała ta problematyka jest
niezwykle delikatnej natury i tak staramy się do niej podchodzić.
Jaka jest pozycja społeczności lokalnych na Białorusi i Ukrainie?
Nasz samorząd ma nieporównanie większe możliwości decyzyjne. Starosta czy
przewodniczący może zaciągać pewne zobowiązania zupełnie samodzielnie, bez
konsultacji z władzą centralną. Ich białoruski czy ukraiński odpowiednik często
musi dotrzeć prawie na szczyty władzy, aby uzyskać zgodę w jakiejś konkretnej
sprawie. Z tego względu partnerstwo jest nieco utrudnione. Sądzę, że mimo
różnych barier naszą współpracę możemy rozwijać np. poprzez poszerzanie naszego
zaproszenia do Polski skierowanego do młodzieży z partnerskich miast i regionów.
Możemy budować przyszłość naszego sąsiedztwa w oparciu o młodych ludzi. Dla nich
jednak jest to także problem materialny, nie są w stanie udźwignąć kosztów tego
typu wyjazdu. Inaczej niż u nas, finansowanie odbywa się przede wszystkim z
kieszeni tych, którzy wyjeżdżają.
Dziękuję za rozmowę. RB
|