|
W pierwszej połowie kwietnia zaplanowano podpisanie
porozumienia między Rosją a Stanami Zjednoczonymi w kwestii redukcji arsenałów
nuklearnych. Liczba głowic będących w posiadaniu przez oba państwa nie powinna
przekroczyć 1550. Porozumienie to o tyle jest ważne, że z końcem roku wygasa
umowa między tymi krajami z początku lat dziewięćdziesiątych (START) o redukcji
broni jądrowej. Za czasów prezydentury George’a Busha napięte stosunki
amerykańsko-rosyjskie (sprawa wojny w Gruzji, budowy tarczy antyrakietowej) nie
zapowiadały szybkiego porozumienia. Rosjanie stawiali mocne warunki, uznając, że
działania Amerykanów w byłych republikach sowieckich uderzały w rosyjskie strefy
wpływów.
Oczywiście porozumienie w sprawach nuklearnych jest traktowane
jako preludium do strategicznych porozumień, o znaczeniu wręcz globalnym.
Amerykański wiceprezydent Joe Biden wyraził niedawno potrzebę „zresetowania”
napiętych stosunków między Kremlem a Waszyngtonem. Do ważnych informacji należy
zaliczyć wypowiedź Dmitrija Miedwiediewa, który uznał nowy traktat za
„odzwierciedlający równowagę interesów obu państw”. Inną ważną kwestią jest
zapowiadane powiązanie redukcji zbrojeń nuklearnych ze sprawami obrony
przeciwrakietowej (w tym tarczy antyrakietowej). Na tej ostatniej kwestii
zależało szczególnie Rosji. Przypomnijmy, że „poprawa” relacji
amerykańsko-rosyjskich była ze strony Moskwy warunkowana rezygnacją z budowy
tarczy antyrakietowej w Europie, co za sprawą decyzji administracji Baraka Obamy
stało się w ubiegłym roku. Oprócz spraw istotnych dla Rosji przy okazji tego
porozumienia również Amerykanie chcą załatwić kilka istotnych ze swojego punktu
widzenia spraw. Dla Amerykanów szczególne znaczenie mają sprawy afgańskie. Armia
amerykańska ugrzęzła na dobre w tym kraju i w sposób wręcz konieczny potrzebuje
pomocy Rosjan. Pod koniec tego miesiąca ma się odbyć szczyt w sprawie
Afganistanu, w którym Rosja ma brać czynny udział. Drugą niezwykle istotną z
waszyngtońskiego punktu widzenia kwestią jest sprawa zbrojeń nuklearnych Iranu.
Amerykanie oczekują zgody Moskwy na nałożenie wspólnych sankcji w stosunku do
Teheranu. Widzimy zatem, że transakcja w sprawie redukcji zbrojeń nuklearnych ma
głębsze podłoże. Waszyngton przy tej okazji chce zawrzeć strategiczne
porozumienia dotyczące Bliskiego Wschodu. Gdyby współdziałanie w tej kwestii się
powiodło można by oczekiwać dalszych porozumień w kwestii chociażby Chin.
Oczywiście cena, jaką przychodzi zapłacić Ameryce za zbliżenie z Rosją jest dość
wysoka. Tu nie tylko chodzi o tarczę antyrakietową. Wraz z rezygnacją z tego
projektu mamy do czynienia z dość dalekim wycofaniem się Ameryki z Europy. Wciąż
mówi się nawet o wycofaniu wojsk amerykańskich z Niemiec, co by oznaczało, że
USA w pełni akceptują podmiotowość Berlina w strategicznej grze w Eurazji. Wraca
zatem koncepcja z czasów prezydentury Bila Clintona zbudowania ścisłego sojuszu
niemiecko-amerykańskiego. Łączy się to nierozerwalnie z akceptacją budowania
superpaństwa w Europie. Strategiczne porozumienie Waszyngtonu z Berlinem w
niczym nie kłóci się z projektem porozumienia z Moskwą. Wszak Niemcy od
dłuższego już czasu są w strategicznym sojuszu z Rosją, realizując różnorakie
projekty gospodarcze (przykład: gazociąg północny). Krótko mówiąc: na dzień
dzisiejszy tak Waszyngton, jak i Berlin widzą potrzebę strategicznego
porozumienia z Moskwą. Oczywiście nieco inne sprawy są w relacjach z Rosją ważne
dla Ameryki, inne dla Niemców, ale w kwestii polityki wschodniej nie ma między
tymi partnerami zasadniczych różnic. Nie trzeba dodawać, że w tak projektowanej
polityce nie ma specjalnego miejsca dla środkowej Europy, w tym dla Polski.
Do niedawna jeden z głównych sojuszników Ameryki w Iraku,
Polska jest pomijana w wielkich projektach państw zachodnich. Nawet podpisanie
porozumienia nuklearnego ma się odbyć nie w Warszawie, ale w Pradze. Nie trzeba
też ukrywać, że tak postawione priorytety wielkich mocarstw tworzą stan bardzo
głębokiej dekoniunktury dla pozycji Polski w świecie. Po prostu nie jesteśmy dla
mocarstw w tej chwili istotnym partnerem, co najwyżej balastem, od którego
trzeba się jakoś uwolnić (USA). Oczywiście większego znaczenia nie będą też
miały w tej strategii takie państwa jak Gruzja czy Ukraina. Pozostawione zostają
zasadniczo jako samotne w zmaganiach z przewagą rosyjską.
Powstaje jeszcze jedno pytanie o przyszłość współdziałania
Zachodu z Rosją. Jak wiemy, w historii mieliśmy okresy ścisłej współpracy
(przykład: koalicja antyhitlerowska w czasie wojny), a zarazem okresy
intensywnych zmagań (zimna wojna). Odpowiadając na postawiony problem musimy
zauważyć, że jest cały szereg punktów zbieżnych w interesach Rosji i USA oraz
Rosji i Niemiec. Z Niemcami Rosjanie podjęli ścisłą współpracę gospodarczą,
godząc się na podział stref wpływów (granica wpływów na linii Bugu). Dla Kremla
kwestia Bliskiego Wschodu jest równie ważna jak dla Ameryki. Niepokój na
Kaukazie, którego Rosjanie raz za razem doświadczają boleśnie (wystarczy
wspomnieć niedawne zamachy terrorystyczne w Moskwie i w Dagestanie) to tylko
przedsmak ewentualnej ekspansji islamu na tereny rosyjskie. „Uspokojenie”
Afganistanu czy Iranu może być więc na rękę również Kremlowi, oczywiście pod
warunkiem dopuszczenia ich do udziału we wpływach w tym regionie Eurazji.
Jednakże na horyzoncie pojawiają się również zarzewia
konfliktu. Gdyby się przyjrzeć strategicznym wizjom planistów rosyjskich, można
zauważyć, że Eurazja jest terenem ich wielkiej ekspansji. Rosja może chcieć
dążyć do całkowitego wyparcia Ameryki z tego megakontynentu i próbować zbudować
w Moskwie centrum ekonomiczne i polityczne nowej eurazjatyckiej potęgi. Na to
zgodzić się nie będzie chciał ani Waszyngton, ani Berlin. I to może być
zarzewiem konfliktu mocarstw w przyszłości. Wszystko to w sposób ostrzejszy
tradycyjnie spostrzegają w USA republikanie, którzy za kilka lat będą się
starali wrócić do władzy. Jak na razie mamy rządy Baraka Obamy i mamy kolejne
próby zbudowania strategicznego porozumienia między Zachodem a Rosją.
Mieczysław Ryba, Lublin 2010-04-01
|