|
Ostatnie dokonania dyplomatyczne polskich władz zostały bardzo ciepło
odebrane przez krajowe media. Wszystko rozpoczęło się od przybycia do Polski
prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa. Wizyta głowy państwa rosyjskiego
pierwsza od ośmiu lat ma być zapowiedzią nowego rozdziału w stosunkach
polsko-rosyjskich. Szczególnie miła dla polskiego ucha była deklaracja
rosyjskiej Dumy Państwowej potępiająca mord katyński i uznająca winę Stalina za
tę zbrodnię. Dla Polaków przez dziesięciolecia karmionych kłamstwem katyńskim
była to rzecz od strony symbolicznej ważna. A wszystko to pomimo innego
stanowiska Rosji w tej kwestii na forum Trybunału Strasburskiego. Ale tam, w
Strasburgu istnieje obawa przed roszczeniami ofiar, tutaj mamy do czynienia z
deklaracją polityczną. Oczywiście w tym kontekście pojawiły się obawy, czy aby
jednoznaczne stanowisko Kremla w sprawie Katynia nie miało być przykrywką dla
słabo prowadzonego śledztwa smoleńskiego. Inna rzecz, niezwykle bolesna, dotyczy
uprzednich konsultacji prezydenta Komorowskiego na forum Rady Bezpieczeństwa
Narodowego, które prowadził z generałem Wojciechem Jaruzelskim. Ten ostatni jako
rzekomy specjalista od spraw stosunków polsko-rosyjskich to jakieś niebywałe
kuriozum polskiej polityki zagranicznej i polityki historycznej. Bo wydaje się,
że Belweder chciał w ten sposób nie tyle zasięgnąć rady generała, co pokazać
Kremlowi, że pragnie wykonać gest przyjazny w swojej polityce historycznej.
Tylko, że gest ten okupiony jest potężnym kłamstwem. O ile bowiem Duma rosyjska
słusznie potępiła zbrodnię katyńską, o tyle relatywizowanie wasalistycznej
polityki władz PRL jest po prostu niedopuszczalne. Oto jakimi słowy generał
Jaruzelski rozmawiał z Leonidem Breżniewem po tym, jak został I sekretarzem KC
PZPR tuż przed stanem wojennym w 1981 roku: „Zgodziłem się przyjąć to stanowisko
po dłuższej wewnętrznej walce i tylko dlatego, iż wiedziałem, że wy mnie
popieracie i że wy jesteście za tą decyzją. Jeżeli byłoby inaczej, nigdy bym się
na to nie zgodził”. Tak wasalistyczne słowa świadczyły o takiej właśnie postawie
Jaruzelskiego wobec Moskwy. Czy wobec tego wasal państwa sowieckiego z czasów
komunistycznych może być autorytetem w relacjach między Polską a Rosją w czasach
współczesnych? Czy może nim być człowiek, który (jak wynika z dokumentów)
zapraszał wojska sowieckie do Polski w wypadku „niepowodzenia stanu wojennego”?
Okazuje się, że dla prezydenta Komorowskiego jak najbardziej tak. Wydaje się
zatem, że zyski w polityce historycznej, jakie nam przyniosła deklaracja Dumy
zostały zniwelowane poprzez decyzję prezydenta Komorowskiego w sprawie generała
Jaruzelskiego.
Jakie zatem inne korzyści polityczne przyniosła nam wizyta prezydenta
Miedwiediewa? Na pewno od strony czysto kurtuazyjnej został wykonany cały szereg
gestów. Takie gesty mogłyby być zapowiedzią nowego rozdziału w różnych
relacjach, w szczególności gospodarczych. W tej jednak materii wydarzyło się
bardzo niewiele. Zachodzi zatem pytanie, czy polskie nadzieje na otwarcie rynku
rosyjskiego, na udział w jakiś wspólnych wielkich projektach inwestycyjnych są
zasadne? Niektórzy wszak twierdzą, że „miła” wizyta Miedwiediewa może się łączyć
z polityką ściśle „pijarowską”. Polacy łasi na różnorakie symboliczne gesty i
romantyczną kurtuazję mogą zapomnieć o konkretach. A konkrety to strategiczne
porozumienie Rosji z Niemcami, w wielu punktach sprzeczne z naszymi interesami.
Gdyby wizyta Miedwiediewa była zapowiedzią modyfikacji tego porozumienia lub
jego zmiany, gra byłaby warta świeczki. Jeśli natomiast ma ona tylko osłabić
czujność i tak minimalną wśród luminarzy polskiej opinii publicznej, to sprawa
ma się zupełnie inaczej.
Aby na to zagadnienie znaleźć odpowiedź, należy zwrócić uwagę, co w tym samym
czasie robił premier Donald Tusk. Prezes Rady Ministrów udał się z wizytą
zagraniczną do Berlina, gdzie zadeklarował polską zgodę na niemieckie propozycje
modyfikacji traktatu lizbońskiego, tak aby można dokonać jeszcze głębszej
centralizacji Unii Europejskiej. Że jest to ważne każdy wie, bo Polska w
przyszłym roku obejmuje przewodnictwo UE. Że jest to dla nas skrajnie
niekorzystne, to też każdy wiedzieć powinien. Tymczasem wielu zastanawiało się,
za jaką cenę mamy rezygnować na rzecz Brukseli z kolejnych segmentów naszej
suwerenności. Ceną okazała się zgoda Niemiec (UE) na inny sposób zaksięgowania
naszego długu publicznego, co ma zapobiec chwilowo zapaści polskiego budżetu.
Tak więc za zgodę na machinacje księgowe w kwestii naszego długu publicznego (za
ukrycie go pod dywanem), zgadzamy się na kolejny etap budowy superpaństwa w
Europie. Druga wypowiedź premiera Tuska dotyczyła kwestii gazociągu północnego,
gdzie zrelatywizował znaczenie zagrożenia rury bałtyckiej dla polskiej żeglugi
wokół portu w Szczecinie i Świnoujściu. Widać zatem wyraźnie, że w ten sposób
nie tylko nasza polityka zagraniczna nie sprzeciwia się strategicznym planom
porozumienia niemiecko-rosyjskiego na kontynencie, lecz nawet ten związek przez
polskich przywódców państwowych został „pobłogosławiony”. Czy dziwić się zatem
należy słodkim gestom wykonywanych względem naszych elit państwowych tak przez
Moskwę, jak i Berlin?
Prezydent Komorowski, pożegnawszy prezydenta Rosji, bardzo szybko pojechał w
podróż dyplomatyczną do Waszyngtonu. Tam podejmowany był również ciepło przez
Baraka Obamę, który stwierdził, że Polska jest najważniejszym sojusznikiem
Ameryki w Europie Środkowej. Słodkie te słowa zostały szybko rozgłoszone w
polskiej przestrzeni medialnej i politycznej. Niektórzy tylko zadali pytanie,
czy są to wyrazy rzeczywistej przyjaźni, czy dyplomatyczny lukier, mający zakryć
pewne pęknięcie we wzajemnych relacjach. A wydarzyło się w dniach ostatnich
wiele, zważywszy na rewelacje portalu internetowego Wikileaks, który pokazał, że
instalacja w Polsce rakiet Patriot miała charakter czysto ćwiczeniowy, a nie
bojowy. Przypomnę Państwu, że przyjazd baterii (ćwiczeniowych jak się okazało)
tych rakiet witany był przez Polaków z wielką pompą, a wielu analityków radowało
się z zaangażowania militarnego USA w naszym państwie i w naszym regionie.
Internetowa kompromitacja dyplomacji amerykańskiej musiała być nam jakoś
osłodzona, skoro prezydent Obama obiecał nawet zniesienie wiz… za kilka lat
oczywiście. Media liberalne ogłosiły sukces dyplomatyczny prezydenta
Komorowskiego, zapominając, że wizy dopiero za lat kilka (?), a bezpieczeństwo
polskie słabnie. Z wizami jakoś żyć damy radę, ale bez należytej obrony nie za
bardzo. Ważne, że nasi przywódcy zostali z wielką serdecznością poklepani po
plecach i mogą zaprezentować się swojemu społeczeństwu (swojemu elektoratowi)
jako ci, którzy zapewnili Polsce przyjaźń wielkich państw świata zachodniego.
Sytuacja jest tu analogiczna do „wielkie sukcesu”, jaki odniósł prezydent
Komorowski na szczycie NATO, gdzie zadeklarowano, że 5 punkt Traktatu
waszyngtońskiego obowiązuje. Ów punkt mówiący o solidarności państw NATO w
wypadku zewnętrznego zagrożenia któregokolwiek z nich jest podstawą istnienia
Paktu Północnoatlantyckiego. Gdyby ten punkt wykreślono, Sojusz przestałby
istnieć. Na czym więc polegał sukces szczytu? Na dzikiej radości polskich mediów
i polskich polityków z banalnych deklaracji, które i tak paść musiały.
Jak wiadomo ekipa Baraka Obamy, stawiająca na sojusz z Niemcami w Europie,
stara się doprowadzić również do strategicznego porozumienia z Rosją. Z
perspektywy dzisiejszych władz w Waszyngtonie dobrze jest też widziany rysujący
się sojusz Berlina i Moskwy. Przywódcy polskiego państwa, w tym prezydent
Komorowski deklarujący poparcie dla ratyfikacji rozbrojeniowego układu
rosyjsko-amerykańskiego START II, weszli w ten sposób w wewnątrzamerykański spór
na ten temat. Republikanie opierający się do tej pory ratyfikacji, sugerowali,
że potrzebna jest obrona krajów środkowoeuropejskich, w tym Polski przed
zagrożeniem rosyjskim. Deklaracja władz polskich wspierająca ratyfikację wybija
republikanom argumenty, wzmacniając działania prezydenta Obamy. Popieranie zaś
obozu demokratów w wewnętrznej rozgrywce politycznej z obozem Republikanów w
dłuższej perspektywie kompletnie nam się nie opłaca. Republikanie wszak,
przynajmniej taktycznie (choćby chwilowo) starali się przeciwdziałać dominacji
rosyjsko-niemieckiej na Starym Kontynencie. Jak widzimy cena jaką płacimy za
wizy, jest skrajnie wysoka. Ale czegóż się nie robi dla dobrego „pijaru”.
Cieszy się zatem polska scena polityczna i polski świat liberalnych mediów z
nowej „ofensywy dyplomatycznej” naszych władz. Ta radość wydaje się jednak
przesłaniać potrzebę rzeczywistego zatroskania o naszą międzynarodową pozycję.
Na Starym Kontynencie budowany jest krok po kroku strategiczny układ
niemiecko-rosyjski przy pełnym poparciu Waszyngtonu. Nasze możliwości
przeciwdziałania mu są ograniczone, ale nasza zgoda na ten układ i deklarowana
powszechnie radość jest po prostu żenująca i blokująca konieczną czujność oraz
dążenia do wzmocnienia własnej siły we wszystkich sferach życia
państwowego.
Artykuł ukazał się drukiem w „Naszym Dzienniku” z 14 grudnia 2010
roku.
|