|
Istnieje współzależność między sposobem rozumienia Boga a
religią. Stąd walka z religią była w przeszłości i jest w naszych czasach
naznaczona negacją istnienia Boga lub tych z Jego atrybutów, bez których za Boga
nie można Go uznać. To jedna, bardziej znana strona medalu. Drugą ujrzymy
wówczas, kiedy uświadomimy sobie, że religia jest szczególną relacją człowieka
do Boga i dlatego jej pojmowanie w równej mierze zależy od tego za kogo lub co
uznajemy Absolut, jak i od sposobu rozumienia człowieka. Nie jest rzeczą
przypadku, że współczesnej obojętności religijnej i różnym typom ateizmu
(teoretyczny i praktyczny, teoriopoznawczy i metafizyczny itd.) towarzyszy
proponowany przez naukę oraz dominujący w kulturze obraz człowieka pozbawionego
duszy, nie mówiąc już o duszy nieśmiertelnej. Bezduszna antropologia, a więc
taka, która usiłuje wyjaśniać człowieka z pominięciem duchowej strony jego
natury jest więc narzędziem rewolucji kulturowej, bo prowadzi wprost do negacji
wiary albo, wbrew Objawieniu, raz za razem w jej miejsce podsuwa człowiekowi
jakiegoś doczesnego cielca.
Co komu po duszy?
Nawet mało uważny obserwator trafiający do ogrodu zoologicznego
– któremu nie straszne są ostrzeżenia, że może być obrzucony odchodami –
zauważy, że stado szympansów, to jednak coś innego niż stado papug. Ale nawet
jeśli szympansy bardziej niż papugi przypominają w swoich zachowaniach
człowieka, a nauka podpowiada, że ich kod genetyczny jest prawie identyczny z
ludzkim, to współczuć należy temu, kto spoglądając w lustro widzi jedynie
udoskonaloną małpę. I nie idzie o to, że w przeciwieństwie do małp ekskrementów
imają się co najwyżej niedopilnowane dzieci i niespełnieni pseudoartyści. Co
bowiem począć ze swoim „ja” i ze swoim życiem wewnętrznym - świadomością,
sumieniem, pamięcią, ze swoimi przekonaniami i pragnieniami? Czy są one jedynie
przypadkowym produktem ewolucji powstałym na styku interakcji między osobnikiem
a oddziałującym nań światem, czy jest to wewnętrzna podmiotowość, istniejący w
ciele duchowy podmiot? Myśl chrześcijańska nigdy nie miała wątpliwości, że ta
doświadczana przez nas od wewnątrz podmiotowość jest realna, że stanowi ona
centrum człowieczeństwa i dlatego w odróżnieniu od materii nazywała ją duszą a
nawet duchem z racji jej odmienności od tego wszystkiego, co można napotkać w
świecie żyjących stworzeń materialnych. Czerpane z wiary przekonanie o
wyjątkowości duszy ludzkiej wzmacniają racjonalne argumenty za tym, że jest ona
wynikiem bezpośredniego aktu stworzenia przez Boga oraz, że jest nieśmiertelna.
Na marginesie warto zauważyć, że takie właśnie pojmowanie duszy – wbrew
rozpowszechnionym przesądom – wpłynęło również w naszej cywilizacji w sposób
istotny na dowartościowanie ludzkiego ciała, z którym jest ona zjednoczona. Nie
kto inny jak św. Paweł stwierdza, że ciało jest świątynią Ducha Świętego (1Kor
3,16), a jako świątynia Ducha domaga się odpowiedniego traktowania.
Nauczanie Kościoła na temat natury ludzkiej i samej duszy jest
klarowne. W Kompendium Katechizmu czytamy m.in.: „Osoba ludzka jest
równocześnie istotą cielesną i duchową. Duch i materia tworzą w człowieku jedną
naturę. Jedność ciała i duszy jest tak głęboka, że dzięki duszy duchowej ciało
utworzone z materii jest ciałem żywym i ludzkim, i uczestniczy w godności
«obrazu Bożego» (69).
Każda dusza duchowa jest bezpośrednio stwarzana przez Boga –
nie jest ona dziełem rodziców – i jest nieśmiertelna. Nie ginie po jej
oddzieleniu się od ciała w chwili śmierci i połączy się na nowo z ciałem w
chwili ostatecznego zmartwychwstania” (70).
E. Gilson słusznie jednak podnosi, że zagadnienie
nieśmiertelności ludzkiej duszy nie u wszystkich Ojców Kościoła ukazane zostało
w sposób wyraźny, natomiast od początku głoszono prawdę o zmartwychwstaniu
ciała. Jednakże z czasem przekonanie o nieśmiertelności duszy ludzkiej stało się
fundamentem nauczania Kościoła i utrwaliło się w cywilizacji łacińskiej, stając
się jedną z głównych prawd wiary.
Negacja duszy i co dalej?
Kultura współczesna niemal całkowicie wyzbyła się nie tylko
przekonania o nieśmiertelności duszy, ale również o jej istnieniu. V. Possenti
stwierdza, że „Rozpowszechniony w kulturze światopogląd nie przyznaje już prawie
żadnego miejsca duszy lub w najlepszym wypadku przyznaje jej nieznaczącą rolę,
skazując ją na zapomnienie. To zniknięcie duszy jest dostrzegalne nawet na
poziomie języka. Termin «dusza» pozostał w użyciu w kręgach kultury niższej
(ludowej), związanej z długą tradycją i obfitującej w symbole. Zupełnie
natomiast zniknął z kręgów kultury wyższej, nauki i mediów (…) Dusza jest wielką
nieobecną myśli współczesnej (…)”.
Prawdą jest, że nauka i kultura w opisie człowieka coraz
częściej obywają się bez terminu „dusza”. Przekonanie, że chodzi jedynie o
pojęcie wprowadzone do nauki (filozofii) w pewnym okresie czasu, któremu jednak
po stronie rzeczywistości ludzkiej nic nie odpowiada stanowi trwały komponent
większości współczesnych koncepcji filozoficznych. Czy w takim razie również
religia nie powinna z niego zrezygnować? Problem nie dotyczy jednak pojęcia,
które toruje drogę tradycyjnemu spojrzeniu na religię opartą na kategorii duszy.
Chodzi o całe nasze doświadczenie wewnętrzne i o pojmowanie naszego
człowieczeństwa, które bez uwzględnienia tego, co duchowe jest niezrozumiałe i
zredukowane do poziomu zwierzęcego.
Dopełnieniem tej negacji jest wielki nowożytny projekt
przeformułowania wizji samego człowieka, a właściwie stworzenia nowego bytu
ludzkiego. Zaczęło się od renesansowego humanizmu antropocentrycznego, a obecnie
przybiera formę kreacji, która zmierza do teoretycznego i praktycznego
zrealizowania świata bez religii i Boga. Renesans uznając jeszcze tradycyjną
hierarchię rzeczywistości „ograniczył się” do wyniesienia człowieka na piedestał
i zrównania go przynajmniej w niektórych czynnościach z Bogiem. Tymczasem
filozofia dość szybko po przełomie kartezjańskim zeszła na pozycje deistyczne,
gdzie Bóg usytuowany poza światem pozostawał ograniczony do funkcji Stworzyciela
natury i stał się niemym świadkiem ludzkiej aktywności. Pozostawione człowiekowi
pole mogło być oddane inżynierii społecznej, w której celowało już oświecenie,
ślepo wierząc w reguły rozumu. Jednakże w tak ustrukturowanym kosmosie człowiek,
który zajął miejsce Boga stopniowo był ograbiany ze swego człowieczeństwa.
Empiryści pozbawiali go prawa do bycia substancją, Kant czyniąc zeń sędziego
trybunału, przed którym sądzi się rzeczywistość jednocześnie pozbawiał go
realności duszy. Uznawał co prawda jaźń za regulatywną ideę, za pojęcie, ale
pojęcia mogą pochodzić zarówno od rzeczy jak i być zupełnie wyimaginowane. W
wieku XIX po zrywie niemieckich idealistów podjęto ostateczną rozprawę z
kategorią duszy. Na różny sposób jej tradycyjne rozumienie było negowane w
pozytywizmie, marksizmie czy nieco późniejszym strukturalizmie. Nie oszczędziła
jej także rodząca się wówczas psychologia eksperymentalna.
Dziś postmoderniści jak R. Rorty kategorie ducha i materii a
więc także duszy i ciała uznają za dziedzictwo platonizmu pozbawione
przedmiotowego sensu, lub jak J. Derrida – za wyrażenie o charakterze
symbolicznym. Pod wpływem Z. Freuda poddaje się krytyce realność i podmiotowość
ludzkiej jaźni, będącą centrum życia wewnętrznego i kluczem do odczytania przez
człowieka siebie jako podmiotu duchowo-cielesnego. Po negacji duszy na placu
boju o rozumienie człowieka pozostaje już tylko materia. W rezultacie życie
osobowe człowieka sprowadzone zostało do roli dodatku lub nadbudowy do tak czy
inaczej rozumianych struktur materialnych.
To, co dokonało się w myśli współczesnej, to nie tylko zmiana
języka w mówieniu o człowieku, to istotna zmiana sposobu jego rozumienia.
Antropologia bez duszy musi być też antropologią bez osoby, bo życie osobowe
człowieka przejawia się przez akty duchowe – rozumu i woli – ukazujące wyższość
człowieka nad światem materialnym. Tam zaś gdzie nie ma osoby, nie ma i
przysługujących jej naturalnych uprawnień, co widać już nie tylko w teorii, ale
i w praktyce obchodzenia się z człowiekiem w takich sytuacjach jak aborcja,
eutanazja a nawet zapłodnienie in vitro.
Co religia ma do duszy?
Religia jako relacja wspiera się na dwóch biegunach. Jednym jej
krańcem jest człowiek, drugim Bóg. Sama wiara polega na uznaniu przez człowieka
aktem swojej woli realności Boga i realności relacji, której jest podmiotem. Jak
zatem nie ma religii bez Boga, co najwyżej jej zastępniki, tak też nie ma jej
bez człowieka, a konkretniej bez odpowiedniego jego rozumienia. L. Feuerbach,
marksiści i pozytywiści starali się znieść religię poprzez zmianę przedmiotu
odniesienia ludzkich dążeń, jakie oferuje religia. Stawiali więc na tak czy
inaczej rozumiane społeczeństwo. F. Nietzsche jako dziecko tej epoki starał się
z kolei uśmiercić Boga w kulturze, a cały wewnętrzny dynamizm człowieka
skierować na jego indywidualizm zawarty w woli mocy i idei nadczłowieczeństwa.
Wszędzie jednak obecny był jakiś substytut religijności oraz jakaś forma
prometeizmu, tytaniczności, gdzie jeden kult zastępował inny. Dziś z tego
tytanicznego dążenia został jedynie z jednej strony kult ciała wyrażający się w
tzw. zdrowym stylu życia, z drugiej zaś zbierający krwawe żniwo maltuzjanizm
często w szacie ekologicznej. Celem nie jest już człowiek, lecz środowisko, czy
też inaczej – świat bez człowieka. Leibniz w wieku XVII sądził, że człowiek żyje
w najlepszym z możliwych światów. Dzisiejsi zwolennicy tzw. ekologii głębokiej
zdają się wierzyć, że najlepszym z możliwych światów byłby ten, w którym nie
byłoby żadnego człowieka, ten w którym każdą jednostką kierowałby instynkt, a
całością darwinowska walka o byt. Człowiek zaś mimo wszelkich swoich
niedoskonałości do tak przykrojonych ram nie pasuje, co stanowi zarówno
teoretyczne jak i praktyczne wyzwanie dla ideologów. Dążenie do zniesienia
kategorii człowieczeństwa, chcąc nie chcąc, prowadzi również do całkowitego
zniesienia religii lub zastąpienia jej jakąś ideologią. W zamian za religię
obiecującą człowiekowi życie po śmierci i wieczne szczęście proponuje się jej
surogat w postaci dążenia do samounicestwienia jako właściwego spełnienia
ludzkiego losu lub – jak widzi to J. Gray – nieubłaganą koniecznością, z którą
trzeba się po prostu pogodzić: „Niemal wszystkie filozofie, większość religii i
spora część nauki świadczą o desperackiej, niestrudzonej trosce człowieka o
własne zbawienie. Kiedy odwrócimy się od solipsyzmu, mniej będziemy się
przejmować losem ludzkiego zwierzęcia. (…) Homo sapiens jest tylko jednym z
bardzo wielu gatunków i nie widać żadnego powodu, by zasługiwał na specjalną
ochronę. Wcześniej czy później czeka go zagłada. Kiedy zniknie, ziemia powróci do
zdrowia. (…) Dramat życia będzie się rozgrywał dalej”.
Po zanegowaniu duszy zostaje zniesiona jaźń. I nawet jeśli jest
świadoma siebie, to wynika z nieświadomych procesów neurologicznych, których
fundamentem jest biologiczna strona ludzkiej natury. Skoro nie ma jaźni, nie ma
mojego „ja” i mojej tożsamości, to w jaki sposób mógłbym być podmiotem relacji
religijnej, kimś, kto jest dziełem Boga; kimś do kogo Bóg przemawia i zaprasza
do zjednoczenia ze sobą? Bez duszy nie ma też i duszy nieśmiertelnej, z całą
wolnością i odpowiedzialnością, jaka poprzez to ciąży na człowieku. „Uwolniony”
od nieśmiertelnej duszy współczesny człowiek może wreszcie całym swoim
jestestwem pogrążyć się w doczesności, która stanowi ostateczny horyzont
ludzkich pragnień i wysiłków. Pozostaje wówczas kierowanie się hasłem carpe
diem, którego ziszczeniem są kolejne promocje i posezonowe obniżki cen. Ta
„religia” też ma swoich wyznawców, swoich bożków i świętych, swoje święta i
kult, tyle że obliczony na omamienie człowieka. Co jednak miałoby być jego
zbawieniem? Odłożenie w czasie procesu starzenia, ciekły azot na zwłoki w
płonnej nadziei przebudzenia czy wyhodowany w laboratorium klon? W tym sensie
„religia” doczesności jest ucieleśnieniem tego, co w niej widzieli komuniści,
uznając ją za „opium dla ludu”. Antropologia odzierająca człowieka z duszy
ostatecznie okazuje się antropologią iluzji i rozpaczy. Jest spojrzeniem na
człowieka bez miłości (człowiek nie został stworzony przez Boga), bez wiary (nie
ma w co i komu wierzyć) i bez nadziei (nie ma przyszłości i nie ma prawdziwego
dobra, ku któremu zmierza).
Co na to chrześcijanie?
Nie ulega wątpliwości, że ostrze bezdusznej antropologii godzi
w chrześcijańskie rozumienie człowieka, we: „(…) wcielony w dziedzinę materialną
czynnik duchowy, który – nosząc na sobie obraz Boga – może rozpoznać Boga jako
prawzór i dawcę tego obrazu oraz może podnieść samą dziedzinę materialną do
poziomu ducha”. W myśli chrześcijańskiej, z racji obecności owego czynnika
duchowego w człowieku, uznaje się tego ostatniego za niepowtarzalny byt osobowy.
Kategoria osoby została odkryta i dookreślona właśnie w procesie kształtowania
się podstaw doktrynalnych katolicyzmu. Na tle sporów o naturę Chrystusa
dostrzeżono, że Chrystus jako prawdziwy Bóg i człowiek jest jedną osobą –
Bogiem, który przyjął naturę ludzką z realnym ciałem i duszą. Tak więc status
bycia osobą przypisano zarówno bóstwu jak i człowieczeństwu Jezusa, a z czasem
termin ten zaczęto odnosić do każdego człowieka. Trzeba jednak podkreślić, że o
człowieczeństwie i o osobowym statusie człowieka decyduje jego rozumna natura,
która jest skutkiem tego, że człowiek posiada właśnie duszę duchową – samoistną,
bo zdolną do poznania umysłowego i miłości, a więc będącą rozumnym i wolnym
centrum działań. Kto neguje duszę w człowieku neguje też fakt, że jest on osobą,
a poprzez to podważa chrześcijański przekaz o ofierze złożonej przez Jezusa
Chrystusa. I dlatego człowiek wierzący wieku XXI, kiedy dyskutuje się o
zabijaniu nienarodzonych, uśmiercaniu osób starszych i ciężko chorych czy o
manipulacjach genetycznych, tylko przez swoją ignorancję może unikać postawienia
zasadniczego pytania: czy jako byt stworzony na obraz i podobieństwo Boże stoi
na szczycie ziemskich stworzeń i jest ich roztropnym gospodarzem, czy jest
jedynie epizodem w dziejach kosmosu zaistniałym na skutek kolejnych
niesamowitych zbiegów okoliczności, przypadków i szalonych pomyłek w replikacji
genów ze strony natury?
Jest to pytanie nie tylko teoretyczne, ale też jak najbardziej
praktyczne. Od jego rozstrzygnięcia zależy bowiem wszystko – cały egzystencjalny
wymiar naszego istnienia, nasze plany i nadzieje, nasz sposób widzenia świata i
cała nasza przyszłość rozciągnięta na wieczność. Ten aspekt jest więc równie
ważny jak to, czy istnieje Bóg, ku któremu całe nasze jestestwo jest
nakierowane. W tym sensie niewiele się w historii ludzkości zmienia.
Uczestniczymy w sporze między dwoma typami rozumienia człowieka, w którym stawką
są nasze nieśmiertelne dusze, a z nimi całe nasze jestestwo. Szkoda, że
niektórzy zdają się nie zauważać, że realność posiadania nieśmiertelnej duszy, a
poprzez nią bycia bytem osobowym nie jest jedynie owocem naszych irracjonalnych
przekonań. Realność duszy, jakkolwiek przyjmowana wiarą lub poznawana
racjonalnie na drodze wychodzenia z absurdu w wyjaśnianiu danych doświadczania
(pośrednio), jest faktem.
Skoro w starciu o rozumienie człowieka między klasyczną a
współczesną antropologią stawką jest dusza, to z nią także toczy się walka o
wiarę i religię. Czy musi ono prowadzić do zwycięstwa antropologii bezdusznej,
która zdobywa coraz więcej miejsca w kulturze masowej? Przecież za klasycznym
rozumieniem człowieka opowiada się Kościół. Nie można jednak lekceważyć
niepokojących sygnałów, bo jak zauważa ks. T. Kuczyński w wielu słownikach czy
encyklopediach hasło „dusza” się nie pojawia, a jeśli już to w sposób wypaczony.
„Zupełnie kuriozalnym przykładem – pisze – nieobecności duszy ludzkiej jest
określenie, jakie znajdujemy w Leksykonie Uniwersalnym. Okazuje się, że
dusza to: „1) rdzeń liny nasycony smołą lub tłuszczem; 2) sztabka żelazna
wkładana po rozżarzeniu w żelazko; 3) rdzeń w łodygach roślin”. Myliłby się przy
tym ten, kto uważa, że problem ten omija publikacje katolickie, bo można wskazać
na przykład słowniki katolickie nie zawierające hasła „dusza”.
Ucieczka przed mówieniem o duszy w sferze wiary nie jest chyba
przypadkiem i dlatego powinna nas szczerze niepokoić. E. Bianchi w wydanej w
Polsce zbiorowej publikacji „Czy dusza istnieje? Między nauką a wiarą” pisze:
„(…) poczynając od połowy ubiegłego wieku, słowo to [„dusza” – przypis P.S.M]
przeżywało dziwne losy. Wcześniej było ono jednym z najczęściej stosowanych w
tradycji teologicznej, duchowej i liturgicznej różnych Kościołów, a w
szczególności Kościoła katolickiego… Dzisiaj nie mówi się już tak łatwo i
zwyczajnie o «duszy», gdyż zaciemnione zostało i osłabione pojęcie
nieśmiertelności, na korzyść bardziej nowotestamentalnego pojęcia
zmartwychwstania ciała”. A nieco dalej możemy przeczytać, że „(…) osobliwy los
słowa «dusza» naznaczyła posoborowa reforma liturgiczna. Zaglądając do sekcji z
Mszału Rzymskiego z 1970 (zwanego Mszałem Pawła VI), poświęconej Mszy za
zmarłych, można z łatwością zauważyć, że jej redaktorzy, przynajmniej jeśli
chodzi o wersję włoską, starali się unikać tego słowa, tłumacząc je z
oryginalnych tekstów łacińskich za pomocą innych wyrażeń. W najnowszej zaś
edycji Mszału termin «dusza» pojawia się bardzo często”. Jak się okazuje od
strony dogmatycznej nauczanie Kościoła w kwestii duszy jest klarowne i
niezmienne, ale w sferze liturgicznej już tak być nie musi. Daje się bowiem
zaobserwować idące raz w jedną, raz w drugą stronę zmiany, za którymi może stać
coś więcej niż takie, a nie inne upodobanie terminologiczne tłumaczy. A przy
okazji, czy nie jest znakiem naszych czasów, że zamiast stwierdzać, jak to czynił
w latach 50. ks. prof. J. Pastuszka wydając pracę „Dusza ludzka. Jej istnienie i
natura”, obecnie kwestię tę opatruje się znakiem zapytania: „Czy dusza
istnieje?”, „Czy człowiek współczesny ma jeszcze duszę?”.
Bezduszna, bezosobowa, bezpodmiotowa antropologia na krótką
metę może być dla współczesnego człowieka kusząca, bo obiecuje mu bycie bogiem.
Wcześniej czy później okazuje się jednak fałszywym zwierciadłem, w którym
permanentne przeglądanie się może prowadzić na skraj rozpaczy. To lustro, które
nie pozwala, by ujrzeć w nim oblicze przypominające Boga. Bez duszy człowiek nie
znajduje odpowiedzi na swoje pragnienia, na to wszystko, co w nim rozumne,
wzniosłe i wieczne, a co przynależy do porządku jego natury nakierowanej na
pełnię życia i najwyższe dobro. Nie ma bez niej także w człowieku tego
wszystkiego, co pochodzi z porządku nadprzyrodzonego – łaski, poprzez którą Bóg
doskonali jego ułomną naturę i w ten sposób przynosi mu niezbędną pomoc do
osiągnięcia celu wpisanego weń za sprawą jego duchowej i nieśmiertelnej duszy,
jakim jest szczęście płynące z oglądania Boga twarzą w twarz.
Artykuł ukaże się drukiem w tegorocznych
„Zeszytach Społecznych KIK” (nr 18).
|