Strona główna
Od redakcji
Galeria foto
Narodowy Dzień Życia 2015

Galeria foto
Multimedia
Konkurs
pro-life
Newsletter
Wydarzenia
Książka Realitas
Realna Polska
Realny świat
Felieton Króla
Światoogląd
Dorzeczna mowa
Święci w dziejach
Kontakt
Archiwum
Mecenasi
RSS
Realitas.pl na Facebooku®

Święci w dziejach
Mirosław Król 2012-03-24

19. marca – Bł. Marcel Callo

Przez Polskę przelewa się fala protestów w obronie katolickich mediów, w obronie wolności słowa. Kilka tysięcy osób protestowało w Lublinie przeciw decyzji Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która nie przyznała miejsca na cyfrowym multipleksie telewizji Trwam. W protestacyjnym marszu idą starsi i młodzi, kombatanci i działacze „Solidarności”, politycy i samorządowcy. Polacy dają świadectwo swego przywiązania do wolności i prawdy. Nie chcą milczeć i nie chcą godzić się na bezprawie. Są chwile, w których nie wolno milczeć i zamykać się w swojej izdebce, licząc, że zło nas ominie.

Wraz ze św. Józefem patronuje dniu dzisiejszemu bł. Marcel Callo. W wieku 24 lat poświęcił swoje życie. A przecież miał plany, chciał założyć rodzinę, zaręczył się. Spodobało się jednak Bogu, by ten młody mężczyzna apostołował wśród francuskich robotników wywiezionych przymusowo do Niemiec. Zanim wybuchła wojna, Marcel działał w harcerstwie oraz w Chrześcijańskim Stowarzyszeniu Młodzieży Robotniczej. Otrzymał religijne wychowanie w pobożnej katolickiej rodzinie. Religia nie była dla niego dodatkiem do młodzieńczego, beztroskiego życia. Chciał zdobyć solidną formację, która pozwoli mu nie tylko dobrze żyć, ale także bronić Chrystusa, jeśli zajdzie taka potrzeba.

W drukarni, gdzie zaczął pracować, aby pomóc rodzicom, koledzy nazywali go „Jezuskiem”. Wyśmiewali go i poniżali, opowiadali sprośne dowcipy i uświadamiali „nowego”, jak trzeba żyć. Zawierzył się cały Niepokalanej. Gdy koledzy mu dogryzali, odmawiał modlitwę zawierzenia Matce Bożej, a ona go ochraniała. Tak uzbrojony szedł do pracy. W drukarni zaczęto dostrzegać jego inteligencję, uczciwość i pracowitość mimo krytyk i docinków. Poza tym był normalnym młodym człowiekiem. Lubił sport i zabawę, znalazł także dziewczynę, z którą chciał dzielić życie. Wtedy przyszedł rok 1943. Marcela wezwano do wyjazdu na roboty przymusowe do Niemiec. „Pojadę tam nie jako robotnik – oświadczył – ale jako misjonarz”. Jednak żyjąc w bardzo trudnych warunkach, Marcel był bliski załamania nerwowego. Wszystko zmieniło się, gdy spotkał kapłana, a ten zgodził się odprawić Mszę św. w baraku, w którym mieszkali francuscy robotnicy. W liście, który napisał do narzeczonej, zawarł taką myśl: „Pewnego dnia Chrystus zareagował i uzmysłowił mi, że nie wolno mi poddawać się rozpaczy. Pokazał mi, że mam się zająć kolegami i wtedy wróciła mi radość”. Mieszkańcy baraku przekształcili się we wspólnotę: razem jedli, razem się modlili i razem uczestniczyli we Mszy św. I wtedy nastapiło aresztowanie. Był 19 marca rok 1944. Okazało się, że ten młody, wątły chłopak stanowi zagrożenie dla III Rzeszy, dlaczego? Bo jest zbyt katolicki! Hitlerowcy nawet się nie wysilili, żeby uzasadnić aresztowanie. Marcel Callo trafił do obozu koncentracyjnego we Flossenburgu, a następnie do Mauthausen. Znęcano się nad nim nad wyraz brutalnie, zapędzano do pracy ponad siły. Zapadł na żołądek, w końcu na krwawą dezynterię. Ale nie był już tym Marcelem zagubionym i załamanym. Wiedział, że idzie właściwą drogą, że po tej drodze prowadzi go Chrystus. Modlił się i innych zachęcał do modlitwy. Był osłabiony i nie mógł samodzielnie udać się do latryny, która była tak skonstruowana, aby słabi więźniowie do niej wpadali. To przydarzyło się także Marcelowi. Pułkownik Tibodo, który przeniósł umierającego na pryczę mówił, że nigdy nie widział takiego spojrzenia, Callo miał twarz rozpromienioną świętością. Ludzie zepchnęli go do latryny, a Bóg pociągnął go do nieba. Aresztowano go w uroczystość św. Józefa i dokładnie po roku zakończył życie.

Są placówki dane nam do obrony, z których się nie dezerteruje. Tego nas uczy młody dwudziestoparoletni mężczyzna. Prawdziwy chrześcijanin, w którym nie ma podstępu. Dojrzewający do męczeństwa Marcel Callo jest dla Francuzów tym, czym dla Polaków św. Maksymilian Kolbe. Pośród nieludzkich praw, gdzie łatwo było zwątpić w człowieka, on nie tylko zachował swoje człowieczeństwo, ale wzniósł je najwyżej, bo do samego nieba. Dlatego dla wszystkich zmagających się o wolność i prawdę, także w życiu publicznym, także w świecie mediów, będzie on symbolem wytrwania dla prawdy Ewangelii i trwania przy Chrystusie do końca.

Tekst został wygłoszony w ramach cyklu felietonów „Spróbuj pomyśleć” w Radiu Maryja 19 marca 2012 r.