|
„Oto jestem znowu sprzedawany, a ty śpisz” – to słowa, które miał usłyszeć
św. Wojciech z ust Chrystusa Pana. Niepokój, jaki słowa te zasiały w jego sercu,
przywiódł go po palmę męczeństwa z czeskiej Pragi w pruską puszczę aż pod
Elbląg. Nie zyskawszy uznania u swoich, którym stawiał wielkie wymagania
moralne, tułał się po Europie, aż znalazł się w piastowskim Gnieźnie. Tu na
dworze Bolesława Chrobrego zrodziła się myśl poniesienia Ewangelii pomiędzy
pogańskich Prusów. Wojciech nie chciał nadawać swojej misji charakteru zbrojnej
wyprawy, dlatego oddalił drużynę ofiarowaną mu przez Bolesława, mówiąc, iż albo
pozyska w Prusach zwolenników albo zginie. Poszedł tylko z krzyżem i grupką
najbliższych współpracowników. Upokorzony przez pogan po kilku dniach wracał ku
granicy, kiedy został zaatakowany przez uzbrojony tłum. Związanego misjonarza
zawleczono na pobliski pagórek, gdzie pogański kapłan pierwszy zadał śmiertelny
cios.
W 200 lat po tym wydarzeniu ziemię pruską podbili, mordując miejscową
ludność, Krzyżacy. Jakże tragiczne były skutki odrzucenia misji Wojciechowej
przez Prusów. Ich lud wkrótce przestał istnieć. Z czasem na tych ziemiach
powstało niemieckie państwo pruskie, które walnie przyczyniło się do zdławienia
Polski w XVIII wieku. Jakże dalekie konsekwencje jednego ludzkiego
istnienia.
Po ludzku patrząc można było wyprawę Wojciecha do Prus przygotować lepiej,
otoczyć ją wojskiem. Na pewno przyniosłaby sukces. Mógłby zresztą Chrystus na
wybrzeżu obronić Wojciecha. Mówił do apostołów w Getsemani: „Czyż myślicie, że
gdybym zechciał, Ojciec Niebieski nie przysłałby mi ku obronie hufców
anielskich?” Ani w Getsemani, ani na Pomorzu w r. 997 nie było cudownej
interwencji Boskiej. Nie o to przecież chodziło. Misja Wojciecha wyprzedziła
epokę, odrzuciła miecz, który wyciągnęli Wojciechowi oprawcy. Od tego miecza
zresztą zginęli w kilkaset lat później, co zapowiadała Ewangelia święta, w którą
Prusowie nie uwierzyli: „Kto mieczem wojuje od miecza ginie”.
Były także inne konsekwencje śmierci męczennika. W trzy lata po zabójstwie
Wojciecha pielgrzymkę do jego grobu odbył cesarz niemiecki Otton III.
Proklamowano wówczas uroczyście utworzenie metropolii w Gnieźnie, co znacząco
umacniało niezależność Kościoła polskiego i wzmacniało młode państwo
piastowskie. Książe polski i cesarz niemiecki rozmawiali wówczas jak równy z
równym o przyszłości chrześcijańskiej Europy.
Skutki misji św. Wojciecha dały znać o sobie także w czasach dzisiejszych.
Kiedy w 1000 lat po Synodzie Gnieźnieńskim w dawnej stolicy Polski zgromadzili
się przywódcy państw europejskich by podobnie jak Otton z Bolesławem deliberować
o przyszłości Europy z ust prezydenta Niemiec Johanesa Rau padły znamienne
słowa. Mówił on, iż w dzisiejszej Europie chrześcijaństwo nie odgrywa już takiej
roli jak dawniej. Dziś nie potrzeba już Europie kościelnego parasola ochronnego.
Ponoć gdy św. Wojciech nauczał z łodzi pogańskich Prusów jeden z nich uderzył
wiosłem misjonarza w plecy, a jego brewiarz wpadł do wody. Myślę, iż wypowiedź
niemieckiego prezydenta miała podobne symboliczne znaczenie. Pozostaje tylko
mieć nadzieję, iż odrzucenie krzyża przez dzisiejszą Europę nie pociągnie za
sobą nieszczęść, jakie spadły na ziemie Prusów po odrzuceniu Ewangelii
przyniesionej im przez Wojciecha.
Minęło ponad tysiąc lat od śmierci jednego z głównych patronów Polski.
Patrzymy w przyszłość, chcielibyśmy Polskę oglądać inną tzn. silną i bogatą,
błogosławioną, pełną pokoju i sprawiedliwości. Każdy mądry naród pochyla się ze
czcią nad swoją przeszłością, bez niej nie sposób patrzeć w przyszłość. W naszej
odległej przeszłości spotykamy św. Wojciecha biskupa, który z czeskiej Pragi
przywędrował nad Bałtyk, bo usłyszał słowa Chrystusa: „Oto jestem znowu
sprzedawany, a ty śpisz.”
|